W sowieckiej niewoli – Pamiętam

Poniedziałek 18.

 

O godzinie 7-mej rano rozbrojenie 700 ludzi (policjantów) – pod datą 18 września l939 pisze w notatniku por. rez. Paweł Brus. – Było widać płacz. Karabiny i browningi na jedna kupę składane. Kawaleria rosyjska przegalopowała przez podwórze. Następnie strzelanina z tanków i CKM, która trwała 2 godziny. Wiadomość od oficera rosyjskiego, że pójdziemy do niewoli.[…]

Środa, 21.

Kpt. rez. Paweł Brus

Około 1000 ludzi na podwórzu o chlebie i wodzie. Rejestracja, zapisywanie. Noc w kaplicy więziennej[…]

Piątek, 29.

Kozielszczyna za Dnieprem w Guberni Połtawa jesteśmy umieszczeni. Około 6000 ludzi. Policja pod namiotami, my w starym chlewie dla świń. Zimno bardzo. Godzinami trzeba w ogonku czekać na wodę […]

Poniedziałek, 20 XI

Umożliwiono korespondencję, względnie ogłoszono przepis w tej sprawie. Albo kończy się tu nasz pobyt, albo się przedłuży.[…]

28 XI 1939 r.

 

Treść listu do domu :”Najdrożsi moi kochani. Jestem na terenie ZSRR i zupełnie zdrów.[…] Można niby do nas przysyłać paczki ubraniowe. Jeśli się da, to przyślij zwyczajne duże papucie, grube stare kalisony, starą pocerowaną koszulę i rękawiczki ciepłe, jednopaluchowe, żadnej żywności, bo tu dość chleba[..]

Paweł Brus

Autorem pamiętnika jest porucznik rezerwy Paweł Brus, w cywilu nauczyciel w Pruchnej na Śląsku Cieszyńskim. Jeńcem wojennym – podobnie jak ponad 200.000 żołnierzy i oficerów WP oraz funkcjonariuszy Policji Państwowej – został niemal natychmiast po sowieckiej agresji. Po krótkim pobycie w Kozielszczynie, trafia do Kozielska, jako jeden z 9000 przywiezionych tutaj szeregowych, podoficerów oraz oficerów WP. Równocześnie z kozielskim w ostatnich miesiącach l939 roku zapełniają się jeńcami obozy w Ostaszkowie i Starobielsku. W październiku – w cerkwi i barakach obozu starobielskiego – przebywa 4824 jeńców, w tym 2243 oficerów, m.in. z oddziałów broniących Lwowa w czasie kampanii wrześniowej. Do Ostaszkowa skierowano policjantów, żandarmów, funkcjonariuszy wywiadu, kontrwywiadu, pracowników sadownictwa i służby więziennej, oficerów Straży Granicznej, a także osadników wojskowych, niekiedy z rodzinami. 1 grudnia w dwóch ostaszkowskich podobozach mieszka 6000 osób, wśród nich 1400 policjantów z województwa śląskiego.

„W momencie przybycia jeńców wojennych obozy nie były przygotowane, ponieważ posiadane budynki pod względem swej pojemności nie odpowiadały liczbie przybyłych jeńców wojennych, natomiast budowa dodatkowych budynków ( baraków) z uwagi na krótkie terminy i brak na miejscu materiałów budowlanych w pierwszych dniach organizacji obozów nie była możliwa.

W rezultacie wraz z przybyciem jeńców wojennych w pomieszczeniach obozowych wystąpiło znaczne przeludnienie, ciasnota, jeńcy wojenni byli stłoczeni, w niektórych obozach budowano 3- i 4-piętrowe prycze.

W obozie putywelskim na powierzchni 20 metrów kwadratowych umieszczono po 40 osób. W obozie ostaszkowskim w ogóle nie było miejsca dla 728 osób.W obozach juchnowskim, kozielskim i orańskim część jeńców wojennych rozlokowano w budynkach niemieszkalnych: stajniach, chlewach i szopach.

W szeregu obozów jeńcy wojenni zostali rozlokowani w letnich pomieszczeniach. Ochłodzenie, które nastąpiło, gwałtownie pogorszyło warunki, w pomieszczeniach było zimno, brakowało pieców.

Jeńcy wojenni w obozie putywelskim wychodzili nocą z letnich baraków do ogrzewanych, mieszkający w tych ostatnich nie wpuszczali przybywających, w rezultacie czego między jeńcami wojennymi dochodziło do nieporozumień. Miał miejsce przypadek, że jeńcy wojenni przynieśli do baraku kocioł, rozpalili w nim ognisko, ustawili piec bez rury i w nim palili […]

Z powodu nieprzystosowania obozów do tak dużej liczby osób, skierowanych do nich, prawie we wszystkich obozach nie wystarczyło wody nie tylko do mycia ale i do [przygotowania] wrzątku.

Jeńcy w kolejce po wodę w Kozielsku, rys. Stanisław Westwalewicz

 

Brak wody szczególnie dał się odczuć w obozie orańskim, gdzie jeńcy wojenni gasili pragnienie śniegiem, a także w obozie putywelskim, w którym jeńcy wojenni oficerowie [ przez ] pierwsze dni przebywania w obozie nawet się nie myli[…] *

———————–

* Z raportu o stanie obozów NKWD dla jeńców wojennych, przygotowanego w Moskwie po 15 listopada 1939 r. (w) „KATYŃ. Jeńcy nie wypowiedzianej wojny”, Wydawnictwo „Trio”, Warszawa 1995.

 

Przeczytaj:

Czapski Józef, Wspomnienia starobielskie, Rzym l945.
Czapski Józef , Na nieludzkiej ziemi, Warszawa 1990.
Gruner – Żarnoch Ewa „Starobielsk w oczach ocalałych jeńców”, Szczecin 2001.
Jaczyński Stanisław (red. nauk.),  Obozy jenieckie NKWD IX – 1939 VIII – l941, Warszawa 1995.
Jankowski Stanisław M. Czterdziestu co godzinę, Warszawa 1992.
KATYŃ. Jeńcy nie wypowiedzianej wojny ,Warszawa 1995.
Stepek Jan E. (oprac.) Pamiętniki znalezione w Katyniu, Paryż 1990.

Jednym z więzionych w Kozielsku był kleryk Leon Musielak, przed wybuchem wojny wykładowca salezjańskiego uniwersytetu Ludowego w Kopcu pod Częstochową. Dostał się do niewoli 18 września, razem z grupą cywilów i wojskowych. Dowieziono ich do Kozielska, miasteczka położonego ok. 250 km na południowy wschód od Smoleńska, przy linii kolejowej Smoleńsk – Tuła. Kozielski obóz dla polskich wojennoplennych mieścił się w zabudowaniach dawnego klasztoru. Pierwsze grupy jeńców dotarły tutaj w listopadzie 1939 roku.

„Któregoś dnia dowiedziałem się, że w nocy będę mógł uczestniczyć w ofierze Mszy świętej – napisze we wspomnieniach.– Widzę tę Mszę jakby to było wczoraj. Leżymy na pryczach, głowy tylko wychylone, a oczy utkwione w jeden punkt, gdzie ołtarz Chrystusowy, taki niepozorny i prosty. Przy nim kapłan, oczywiście bez szat liturgicznych, trzyma kielich i kawałek obozowego chleba, który zastępował opłatek. Pod postaciami tych darów Chrystus ofiaruje się tutaj Ojcu niebieskiemu za grzechy całego świata.

Mrok.. Śpiew cichuteńki, ale wyczuwa się w nim tajemniczą moc, gdy usta powtarzają „Kto się w opiekę odda Panu swemu…” Wreszcie komunia Święta.. Odrobina zwyczajnego chleba ze skromnych porcji obozowych, a jednak cały w niej Chrystus ze swoim Bóstwem i człowieczeństwem, najsilniejsze światło udzkiego umysłu[…]

Wiara i modlitwa łatwiej pomagała znosić warunki obozowe. Mimo karania za modlitwy kapelani, gdzie tylko mogli, prowadzili swoja duszpasterska misję, a szczególnym ryzykiem i poświeceniem wyróżniał się zamordowany później w Katyniu ksiądz kapelan Jan Ziółkowski. Między innymi miał książeczkę o naśladowaniu Chrystusa. Ona zawsze była w obiegu. Wiem, że niejednego doprowadziła do równowagi wewnętrznej poprzez Sakrament Pokuty i Eucharystię…”

Leon Musielak

 

Matka Boska Katyńska – linoryt Danuty Staszewskiej.

Jako jeden z nielicznych kleryk Leon Musielak uniknie zagłady w 1940 roku. Zostanie księdzem, w PRL szykanowanym i więzionym, m.in. za przypominanie o sprawcach zbrodni w lesie katyńskim. W l991 roku ukażą się wspomnienia księdza Leona, a trzy lata później pojedzie on do Katynia, aby tam odprawić msze świętą za spokój duszy swoich kolegów z Kozielska. 28 maja l994 roku 84 letni Salezjanin będzie się modlił obok zniszczonych tablic z czarnego granitu, po polsku i po rosyjsku przypominających o polskich oficerach, zamordowanych w Katyniu w roku l940, tablic uderzanych kamieniami lub ciężkimi narzędziami, z próbami zamazania daty. Obok krzyża katyńskiego, przywiezionego z Warszawy w 1989 roku, a kilka lat później porżniętego nożami, ze śladami podpalenia. Blisko rozwalonej w kawałki tablicy „Poległym w Katyniu. Wspólnota parafialna św. Ducha w Wilnie”. O tym, że nie ma w nim nienawiści ani pragnienia zemsty powie w lesie pełnym śladów po ogniskach, wśród walających się puszek, butelek, papierów po ciastkach. W lesie, w którym nie darowano nawet tablicom informującym, aby terenu nie dewastować, nie zaśmiecać i chronić przyrodę. W lesie, nadal czekającym na zlokalizowanie tam Polskiego Cmentarza Wojennego…

.

Ksiądz Leon Musielak o pobycie w Kozielsku opowiada autorom książki

“Powrót do Katynia” Stanisławowi M. Jankowskiemu i Edwardowi Miszczakowi.

———–

* Ks. Leon Musielak SDB, Spod Częstochowy do Kozielska, Wyd. Inspektorat Towarzystwa Salezjańskiego, Kraków 1991.

„Dopiero pojawienie się w Starobielsku tyfusu i krwawej biegunki, strach przed epidemią, za co groziła odpowiedzialność karna, przestraszyła komendantów. Pewnego dnia poprowadzono więc jeńców do łaźni – 2 x po 300 ludzi dziennie, ale nie było wolno prać tam bielizny, w strasznym deszczu pędzono jeńców środkiem ulicy Kirowa, w kałużach po kolana. Po ok. 1 mili nad brzegiem rzeki Ajdar szyld: „Łaźnia miejska”.

Pojawił się mały, gruby człowieczek w waciaku świetnym przy suchej pogodzie, całkiem nieprzydatnym w deszczu. „Bańszczyk” odlicza 2 x 50 ludzi, pierwsza pięćdziesiątka przynosi sobie opał – rąbie i pali w piecach, druga wiadrami nosi wodę z rzeki, bo pompa zepsuta. Skarpa jest stroma i śliska, ok. 10 metrów trzeba zjechać na pośladkach i wracać z wiadrami okrężną drogą i wlewać wodę do kotłów rynną. Cały czas sypią się obelgi konwojentów. Po 2 godzinach zaczyna się mycie, po następnej godzinie zmiana jeńców.

Rozbieranie w zimnej i pełnej błota izbie, związanie rzeczy w tobół, wrzucenie do suchego kotła. W sąsiedniej sali na ławach zaczyna się przymusowe strzyżenie. Mimo protestów, siłą zmuszają do tego zabiegu. Po nim wszyscy wyglądają jednakowo – jak kryminaliści. Wszyscy też są chudzi. Nareszcie po 2 miesiącach gorący prysznic, potajemne pranie brudów. Potem wyszukiwanie własnych rzeczy, które są brudniejsze niż były, śmierdzące i wymiętoszone…” *

Bronisław Młynarski

—————

* Fragment wspomnień „W niewoli sowieckiej”, wydanych w Londynie w 1974 roku i streszczonych przez Ewę Gruner- Żarnoch w książce „Starobielsk w oczach ocalałych jeńców”, Szczecin 2001.

Wspomnienia Bronisława Młynarskiego doskonale uzupełniają rysunki Józefa Łukocjewskiego, również jeńca obozu w Starobielsku, a w czasie kampanii wrześniowej plutonowego podchorążego 1 Pułku Piechoty Legionów. Przed wybuchem wojny nie zdążył awansować na stopień oficerski. Na zorganizowanej przez Stowarzyszenie Katyń w 1990 roku w Szczecinie wystawie o ofiarach zbrodni katyńskiej wyznał, że może dużo powiedzieć o obozie starobielskim. Przydała się też umiejętność rysowania …

Wykonane przez Łukocjewskiego szkice pozwalają wyobrazić sobie obóz w miasteczku Starobielsk nad Ajdarem, położonym na południowy wschód od Charkowa. Podobnie jak w Kozielsku i Ostaszkowie zlokalizowano starobielski obóz w cerkwiach oraz otaczających je zabudowaniach dawnego klasztoru. Wcześniej w cerkwiach były tu magazyny, a we wrześniu l939 zorganizowano obóz dla polskich jeńców wojennych. Najpierw dla szeregowców, podoficerów, oficerów i generałów, a w grudniu w Starobielsku zostali już tylko oficerowie i generałowie.

Generałowie, pułkownicy i podpułkownicy mieszkali poza obrębem głównego obozu: ci pierwsi w niewielkim domu przy ulicy Włodarskiej, a pozostali oficerowie w dawnej szkole przy ulicy Kirowa. Budynki były otoczone wysokim płotem z desek, powiększonym od góry o drut kolczasty. Łukocjewski zapamiętał wieże strażnicze – „wyszki” …

Większość polskich jeńców rozlokowano w „małej” i „dużej” cerkwi, nazywanych przez Polaków „cyrkiem” lub szanghajem”, gdzie stanęły pięciopiętrowe ( albo nawet sześciopiętrowe ?) prycze, a także w murowanych budynkach klasztoru (np. blok, tzw. „kapitański”).

W Starobielsku wyżywienie było niemal identyczne jak w Kozielsku i Ostaszkowie: 800 gramów chleba dziennie oraz menażka kaszy na śniadanie, obiad i kolację. Niekiedy zupa, czasem kawałek ryby albo konserw rybnych; bywało, że niejadalnych. W obozowym sklepiku – dla uzupełnienia codziennego menu – jeńcy mogli niekiedy dokupić 5 lub 1o deka cukru i ..cukierki. O ile wcześniej zdobyli ruble, sprzedając np. swój zegarek komuś z obsługi obozu z którymi kontaktowanie się było zabronione…

 

Rysunki Józefa Łukocjewskiego pochodzą z książki Ewy Gruner – Żarnoch „ Starobielsk w oczach ocalałych jeńców „

Chleba było zawsze mało…

„W Ostaszkowie kazali wysiadać i stąd statkiem oraz doczepionymi do niego barkami popłynęliśmy dalej. Wkrótce zobaczyliśmy wyspę z ogromnym klasztorem, otoczonym innymi budynkami. Byli już tam polscy jeńcy, a co bardziej z nich dociekliwi odkryli, że wcześniej – w zamienionym na obóz jeniecki klasztorze – trzymano Chińczyków, jeśli wierzyć pozostawionych przez nich napisom.

I zaczęło się nasze życie jenieckie wśród wszy i pluskiew, niezniszczalnych w żaden sposób, atakujących tysiącami we wszystkich obiektach, na pryczach cztero- i sześciopiętrowych, podczas snu i spaceru, a nawet podczas głodowych posiłków. Chleba było zawsze mało, zupę robiono z nie wypatroszonych ryb. Pamięć podsuwa też jeden lepszy posiłek, przygotowany z okazji święta rewolucji; większe racje chleba, cukru, a nawet machorki. Obaj z ojcem nie paliliśmy papierosów, więc wymieniwszy machorkę na chleb najedliśmy się i tak „świętowałem” z pełnym brzuchem, po raz pierwszy od wyjazdu z Brześcia […]*

Stefan Nastarowicz

———————-

* Stefan Nastarowicz (w) „Powrót do Katynia”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów, 1990.

Polacy w sowieckim obozie. Na podstawie własnych doświadczeń narysował Stefan Starzyński.

 

 

Obóz na wyspie

Stefan Nastarowicz miał 14 lat, gdy we wrześniu 1939 roku dostał się do sowieckiej niewoli wraz a ojcem, funkcjonariuszem łódzkiej Policji Państwowej. Z Brześcia poprzez Babynino, Pawliszcze Bór i Bołogoje przewieziono obu Nastarowiczów do obozu w Ostaszkowie.

Kilka tygodni później,21 listopada, chłopca zwolniono z obozu. Wyjeżdżał, mając w uczniowskiej czapce kartkę z 91 adresami łódzkich rodzin, które miał zawiadomić, że ich krewni żyją w obozie jenieckim w ZSRR.

Jeszcze w 1940 roku do Łodzi przychodziły kartki z Ostaszkowa, z informacjami, że o obozie można się dowiadywać u młodego Nastarowicza.

Wywieziony przez chłopca kieszonkowy kalendarzyk z notatkami był przez ponad pół wieku jedynym istniejącym – chociaż ukrywanych przed ewentualną rewizją bezpieki – autentycznym dokumentem o obozie dla polskich jeńców, w l939 roku zlokalizowanym nad jeziorem Seliger, przy linii kolejowej Wielkie Łuki – Bołogoje. W odległości kilkunastu kilometrów od miasteczka Ostaszków, na mającej kilka hektarów powierzchni wyspie Stołobnyj Ostrow, w XVII wieku zbudowano monastyr. Przewrót bolszewicki w Rosji spowodował zamknięcie cerkwi i klasztoru. W 1920 roku zwieziono na wyspę polskich jeńców wojennych i tak samo – dla 9000 jeńców – postanowiono wykorzystać obiekty klasztorne we wrześniu 1939 roku.

Pod koniec września dotarły transporty z pierwszymi setkami jeńców, z Ostaszkowa na wyspę dowożonych statkami. W większości byli to Funkcjonariusze Policji Państwowej, żandarmerii, Korpusu Ochrony Pogranicza, Straży Granicznej, Straży i administracji więziennej, funkcjonariusze wywiadu i kontrwywiadu oraz pracownicy prokuratury i sądownictwa, w tym również oficerowie rezerwy Wojska Polskiego. W kilku transportach trafili cywile; kolejarze, junacy z hufców pracy, osadnicy wojskowi z rodzinami, pocztowcy.

Prowadzone od początku przesłuchania pozwoliły systematycznie zmniejszać stan obozu; cześć jeńców ( szeregowych, urodzonych na terenach zajętych przez Niemców ) pojechała do Generalnego Gubernatorstwa lub do pracy w Rzeszy. Zwolnieni zostali szeregowcy, urodzeni na terenach wschodnich RP, a po sowieckiej agresji w l939 roku nazywanych „Zachodnią Białorusią” i „Zachodnią Ukrainą”. 1470 osób wysłano do obozów pracy w Krzywym Rogu, a nieustaloną nadal dokładnie liczbę oficerów przekazano do obozów w Starobielsku i Kozielsku. Wg sowieckich meldunków 1 grudnia 1939 w obozie ostaszkowskim znajdowało się 5963 osoby, wśród nich 105 cywilów.

4 kwietnia 1940 roku wyruszył z Ostaszkowa transport 494 jeńców, tym razem skierowany do Kalinina (obecnie Twer ). Takich transportów będzie ponad dwadzieścia, ostatni opuści obóz 13 maja.