Pytania i odpowiedzi

Zachęcamy do zadawania pytań związanych z tematyką naszego portalu profesorowi Stanisławowi M. Jankowskiemu.

Formularz do wypełnienia znajduje się poniżej.

Stanisław M. Jankowski - absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, od lat związany z Instytutem Katyńskim w Polsce oraz Niezależnym Komitetem Historycznym Badania Zbrodni Katyńskiej. Jest dziennikarzem, publicystą i historykiem, autorem książek o Armii Krajowej, generale Leopoldzie Okulickim, emisariuszu Janie Karskim, a także zbrodni katyńskiej (m.in. "Czterdziestu co godzinę"). Stale współpracuje z "Dziennikiem" w Nowym Jorku.

 

Ewa: Usłyszałam wypowiedź znajomego, że Stalin, mordując oficerów polskich, czynił słusznie, ponieważ naczelnym obowiązkiem żołnierza jest bronić granic kraju, jeśli wróg napada na nas. A generalicja podobno uciekła przed Niemcami na wschód, bo Czechy już były okupowane przez Niemców. W Pana wypowiedziach odnalazłam wzmiankę, że niektórzy polscy oficerowie, nie mając szans, woleli iść do niewoli i przeczekać okres wojny. Działania Stalina były oczywiście nieludzkie, ale chciałabym zapytać, czy Pana zdaniem taka postawa polskich oficerów nie była tchórzostwem?

Witam ! 
To pytanie często powraca od... 1939 roku, zarówno w obozach jenieckich, jak i Polskich Siłach Zbrojnych we Francji, później Wielkiej Brytanii, w tworzących się konspiracjach, także w obozach w Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie.
W czasie walk obronnych w okresie od 1 września do 2 października 1939 roku oddziały WP wielokrotnie dokonały tak nieprawdopodobnych wyczynów, że zdziwieni byli tym sami Niemcy, np. obroną Westerplatte czy obroną Warszawy.
Żołnierz walczy, dopóki ma broń i amunicję. Trudno wymagać od żołnierza, żeby z karabinem atakował czołgi. Wprawdzie w niemieckiej propagandzie można było zauważyć obraz Polaków jako idiotów, którzy rzekomo atakują czołgi z szablami, ale rzeczywiście 1 września szarża 18. pułku ułanów na oddziały niemieckiej 2. dywizji piechoty zmotoryzowanej powstrzymała natarcie Niemców, a zginęło tylko.. 25 szarżujących. Tego samego dnia pod Mokrą z Wołyńską Brygadą Kawalerii 4 niemiecka dp. straciła 17 pojazdów mechanicznych i ponad 1000 zabitych i rannych. Polacy "tylko" - 500...
Tak można ciągnąć listę walk aż do 2 października.
Ale jest jakaś wytrzymałość żołnierza i odpowiedzialność dowódcy.
W pewnym momencie trzeba było przerwać obronę Westerplatte, które miało – zgodnie z rozkazem – bronić się 12 godzin, a broniło siedem dni. Bitwa nad Bzurą kosztowała polskie armie 20.000 rannych i zabitych polskich żołnierzy i oficerów. W pewnej chwili trzeba było skapitulować w Warszawie, której obronę niektórzy historycy uważają w ogóle za bezsensowną, bo bez szans od początku, a bez żadnych szans – po 17 września. Marszałek Rydz-Śmigły po pierwszych informacjach 17 września rano zorientował się, że nie ma żadnych szans na walkę na dwa fronty, która oznaczałaby tylko rzeź ludzi pozbawionych amunicji i zaopatrzenia przeciwko czołgom sowieckim używającym nie armat (bo tych nie było), ale butelek zapalających czy np. lamp naftowych (w obronie Grodna). Wkraczające wojska sowieckie dysponowały ponad pięcioma tysiącami czołgów i wozów pancernych, przeciwko którym Wojsko Polskie mogło skierować jedynie 50 czołgów i tankietek.
Rosjanie byli liczbowo prawie 10-krotnie silniejsi w batalionach piechoty czy kawalerii, a z 12-13.000 polskich żołnierzy i oficerów, przygotowujących sie do obrony Wilna, prawie połowa w ogóle nie miała karabinów. Kilkuset sowieckim samolotom można było przeciwstawić 80 polskich, dla których szybko zabrakło paliwa, amunicji, części zamiennych. Dla niektórych formowanych z rezerwistów szwadronów kawalerii brakowało nawet... koni.

Czy Rydz-Śmigły mógł wydać inny rozkaz niż  "Z bolszewikami nie walczyć..."? Czy miał prawo zgodzić się na zagładę 200 tys. ludzi, bo tylu było w rejonie operacyjnym dwóch sowieckich frontów: białoruskiego i ukraińskiego? Czy miał prawo rzucić do ataku żołnierzy bez karabinów albo z karabinami, ale bez nabojów? Czy mógł rozkazać prowadzenie walki, wiedząc, że Francuzi siedzą cicho, a Brytyjczycy też się nie ruszyli – mimo wypowiedzenia wojny Niemcom. Historia wojen pokazała, że istnieją wprawdzie wspaniałe wydarzenia, jak obrona wąwozu w Termopilach (300 Spartan na czele z królem Leonidasem broniących kraju "ostatniej godziny") czy ostatnia bitwa Napoleona pod Waterloo, ze słynnym "Gwardia umiera, ale nie poddaje się", uzupełnionym chwilę później krótkim "merde" (przekleństwo francuskie). Częściej jednak pozbawione amunicji i żywności wojsko poddaje się i oddaje w ręce przeciwnika.
Można oczywiście przypomnieć postawę Japończyków, którzy zamiast niewoli wybierali śmierć, czy Rosjan, broniących się nawet bagnetem, gdy nie było nabojów. W pierwszym przypadku tradycja, wychowanie i  wielkie poczucie honoru, w drugim strach, że jeśli odda się do niewoli, to rodzina będzie represjonowana...
Międzynarodowe konwencje z XX wieku regulują, jak powinien być przetrzymywany jeniec wojenny i jakie są jego prawa. Żołnierze i oficerowie polscy, idąc do niewoli, spodziewali się, że po zakończeniu wojny bardzo szybko powrócą z obozów jenieckich do swoich domów i zawodów: nauczycielskiego, prawniczego, lekarskiego itp.) Gdyby spodziewali się zagłady – nie poszliby do niewoli...

Reasumując, moim zdaniem w 1939 roku armia polska, bijąc się bez pomocy sojuszników z dwoma wrogami, silniejszymi wielokrotnie (ok. 8000 czołgów i samochodów pancernych  przeciwko naszym 1000 czołgów i tankietek oraz ponad 2000 samolotów przeciwko 700 polskim) dokonała o wiele więcej niż to było możliwe w ówczesnych warunkach. Zarzut "tchórzostwa " nie jest uzasadniony. Ponad 90 procent generałów i pułkowników walczyło zgodnie ze swoimi umiejętnościami i możliwościami. Swoje zdolności ujawnili później, walcząc w obronie Francji czy wspólnie z wojskami angielskimi, a w kraju – w konspiracji.
Owszem, byli i tacy żołnierze (rzadziej oficerowie), którzy przebrali się w cywilne ubrania i ukrywali, ale większość jednostek, czy to w walce z Niemcami czy bolszewikami, wykonała swoje zadania. Broniący się do 2 października Hel czy walczący do 5 października pod Kockiem żołnierze Grupy Operacyjnej generała Kleeberga to tylko niektóre przykłady bohaterskich walk. Straty polskie we wrześniu oblicza się na 200 tys. ludzi, w tym 65 tys. zabitych. Niemcy stracili 45 tys. ( w tym 10 tys. zabitych ), ponad 1000 czołgów i samochodów pancernych, 1300 zniszczonych lub uszkodzonych samolotów. Te czołgi nie zniszczyły się same, ktoś im „pomógł”! 
Sowieckie dane wojskowe, uważane nawet przez współczesnych rosyjskich historyków za mało wiarygodne – bo różniące się w rozmaitych dokumentach – mówią o kilkudziesięciu zniszczonych i uszkodzonych czołgach, ale w innym dokumencie szacowane są na 5 zniszczonych czołgów (czyżby pozostałe naprawiono?), bo tych żołnierzy, którzy ocaleli ze zniszczonego czołgu, trzeba było później szukać w łagrach i to nie jako pilnujących innych więźniów…
Polskie źródła mówią o zniszczeniu tylko w czasie walk pod Szackiem 18 czołgów, a w czasie trzydniowej obrony Grodna ponad 20. Za co zdobywcy odpowiedzieli egzekucją grupy obrońców, w tym uczniów (różne źródła inaczej podają) na tzw. Psiej Górce. Źródła polskie mówią też o zniszczeniu sześciu czołgów sowieckich w czasie walk pod Skidlami. Do potyczek w różnej skali doszło tez pod Oranami, w rejonie Hruziatynia, pod Kołodziowcami i w kilkunastu innych miejscach. To też odpowiedź na pytanie, czy istniał opór przed pięciokrotnie silniejszym liczebnie i stokrotnie silniejszym w broni pancernej wojskiem Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

I jeszcze na koniec kilka danych obrazujących, z jakimi przeciwnikami walczyło nasze wojsko. Po 17 września Czerwona Armia liczyła wszystkie swoje zdobycze materialne. I tak na przykład w sprawozdaniu datowanym na 1 listopada 1939 roku na szczeblu V Oddziału Frontu Ukraińskiego mamy więc zdobyte: 510 kg aspiryny, 690 czajników różnych, 1992 owce, 102575 kalesonów, 23 patefony,  1372 rowery, 44 pianina,193 instrumenty muzyczne dęte, 3 parowozy, 15800 sztuk papierosów machorkowych, 1309 balii ocynkowanych, 259 maszyn do pisania, 7 mikroskopów, 317 patelni różnych... Spis dotyczy tylko Frontu Ukraińskiego i liczy 289 pozycji, przedostatnia to 146 zegarków złotych, a ostatnia dotyczy zdobycia  601 zegarków różnych. Obok Ukraińskiego przeciwko Polsce działał także Front Białoruski. Sprawozdaniem nie dysponujemy, ale tam pewnie też potrzebowali patefonów,  patelni, fortepianów i kaleson...


Pozdrawiam
Stanisław M. Jankowski

PS.  Dość interesująco wygląda przez wiele lat utajniana informacja zawarta we  wspomnianym wyżej sprawozdaniu, że w wojskach Frontu Ukraińskiego pomiędzy 17 - 24 września   z a g u b i o n o:  7 czołgów, 15 karabinów maszynowych, jedno działo i trzy samoloty!
 

Zofia: Czy byli naoczni świadkowie rzezi w Katyniu? Które filmy dokumentalne na temat zbrodni są godne polecenia? Bo telewizja pokazuje ich niewiele. Chyba należałoby pokazywać te filmy w kanałach o międzynarodowym zasięgu, takich jak Discovery.


Witaj, Zofio !
Naocznymi świadkami rzezi w Katyniu byli jedynie funkcjonariusze NKWD. Podczas śledztwa prowadzonego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową Federacji Rosyjskiej w latach 1990 – 1994 przesłuchiwano niektórych z nich (Tokariewa, Klimowa, Syromiatnikowa). Kilka przesłuchań sfilmowano, ale Rosjanie udostępnili polskim prokuraturze tylko wybrane fragmenty. Zdjęcia kilkunastu zbrodniarzy pokazano po raz pierwszy w polskiej prasie całkiem niedawno – dzięki zdobyciu ich przez naszych przyjaciół z rosyjskiego „Memoriału”. 
Interesujących filmów dokumentalnych o zbrodni katyńskiej jest co najmniej kilkanaście. Tworzyli je nie tylko Polacy, ale także Węgrzy, Amerykanie, Rosjanie czy Francuzi. Piszący te słowa od 20 lat należy do Niezależnego Komitetu Historycznego Badania Zbrodni Katyńskiej. Wielokrotnie w poprzednich latach namawialiśmy władze telewizji publicznej oraz stacji komercyjnych, aby szerzej prezentowały temat zbrodni katyńskiej. Odpowiadano nam, że telewidzowie – ich zdaniem – nie są zainteresowani tym tematem i zmieniają kanał, słysząc, że będzie film o Katyniu. Poza tym takiego filmu nie można przerwać reklamą proszku do prania, a z reklamy telewizja ma pieniądze.
Film „Katyń” Wajdy dokonał przełomu, ale i tak względy finansowe zdecydowały o ograniczonej dystrybucji zagranicą.  Natomiast na drugi film fabularny o zbrodni, wg bardzo ciekawego scenariusza, nie ma pieniędzy, podobnie jak na film o obronie Westerplatte, o Monte Cassino czy o powstaniu warszawskim.
Cóż mogę polecić obecnie? Na pewno warto zainteresować się literaturą przedmiotu, w której wciąż wiele się dzieje. Ukazała się niedawno książka Olega Zakirowa, byłego funkcjonariusza KGB, którego w 1991 roku wyrzucono z pracy, a następnie także z kraju, bo zbyt przenikliwie interesował się świadkami zbrodni katyńskiej. Dopiero teraz zdecydował się opisać to piekło, które przeszedł. Zdecydował się z rozpaczy, bo w Łodzi – mimo rozmaitych obietnic  różnych dostojników i posłów – żyje od lat w nędzy. Ale odważnie wystąpił w kilku filmach dokumentalnych, nawet niedawno pokazywanym przez  TVN24 filmie o zbrodni katyńskiej, zrealizowanym dwa lata temu przez  Paulinę Maciejowską – młodą  dziennikarkę z krakowskiego ośrodka TVN-u. Gorąco polecam i pozdrawiam!
Stanisław M. Jankowski

 

Kasia Wardzyńska: Kiedy i w jaki sposób zostali wzięci do niewoli oficerowie, którzy zginęli w Katyniu? Wiem, że część w czasie kampanii wrześniowej, ale to przecież tylko miesiąc, a tam ich było kilkanaście tysięcy. Jak to możliwe, że złapano ich tak wielu w tak krótkim czasie?

Witaj, Kasiu !
W tym czasie, gdy armia niemiecka – znacznie silniejsza, szczególnie jeśli chodzi o czołgi i samoloty – wdzierała się coraz dalej do Polski i podeszła nawet pod Warszawę, 17 września o świcie zaatakowali nas Rosjanie. Byli znakomicie uzbrojeni i silni (ponad 600 tys. strzelców i kawalerzystów, i ponad 5 tys. czołgów i wozów pancernych). W wielu miejscach oddziały polskie podjęły walkę. Grodno broniło się ponad dwa dni, najmłodszy z poległych obrońców miał 13 lat.

Rosjanie głosili jednak, że ich oddziały pomogą Polakom w walce z Niemcami oraz że chcą chronić także ludność ukraińską i białoruską. Polskie Naczelne Dowództwo szybko zrozumiało, że kontynuacja walki nie ma sensu. Tym bardziej, że armie francuska i angielska, mimo wcześniejszych ustaleń, nie zaatakowały Niemców od zachodu. Prowadzenie wojny równocześnie z armią niemiecką i armią sowiecką oznaczało chaos i śmierć tysięcy ludzi. Naczelny Wódz Edward Rydz Śmigły wydał więc rozkaz: „ Z bolszewikami nie walczyć”.
Tym oddziałom, które mimo to sprzeciwiły się Sowietom, bardzo szybko zabrakło amunicji i zaopatrzenia. W takiej sytuacji ponad 200 tysięcy polskich żołnierzy i oficerów dobrowolnie oddało się do niewoli, licząc na dotrzymanie ustaleń konwencji międzynarodowych.
Spodziewali się, że podobnie jak to  miało miejsce w czasie I wojny, trafią do obozów jenieckich, w których pozostaną do końca wojny.
Natychmiast po 17 września na zajętych przez Rosjan terenach rozpoczęły się aresztowania przebywających w domach polskich oficerów, nawet tych, którzy ze względu na wiek czy stan zdrowia nie wzięli udziału w wojnie. Aresztowano także policjantów, sędziów, prokuratorów, strażników granicznych, leśniczych, strażników więziennych, działaczy partii politycznych, byłych posłów, strażaków, wójtów wiejskich i prezydentów miast, księży. Miejscowi konfidenci wskazywali, kto przed wojną zasłużył się Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że w rozkazie wśród osób wskazanych do aresztowań znaleźli się także filateliści, ponieważ uznano, że jako ludzie korespondujący z zagranicznymi filatelistami mogą być niebezpieczni. Aresztowano również  esperantystów, których jedyną „bronią” przeciw Rosjanom mógł być niezrozumiany przez nikogo język.
Miały także miejsce aresztowania ukrywających się oficerów – jesienią 1939 roku,  a także w styczniu i lutym 1940 roku. Umieszczano ich w więzieniach lub wysyłano do obozów w Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie i innych. 5 marca 1940 roku Stalin i inni członkowie tzw. Biura Politycznego KC WKPb podjęli decyzję o rozstrzelaniu jeńców i więźniów jako „zatwardziałych wrogów państwa radzieckiego”.
Dla grupy ludzi z otoczenia Stalina liczba 22 tysiące nie robiła wielkiego wrażenia. Jeszcze przed wybuchem wojny, w latach 1937 – 1939, rozstrzelano w Rosji kilkaset tysięcy ludzi, a wśród nich działaczy partyjnych różnych szczebli, wysokiej rangi funkcjonariuszy NKWD, wojskowych oraz komunistów z innych krajów, a także – w ramach tzw. „polskiej operacji” –  ok.100 tysięcy obywateli polskiego pochodzenia mieszkających na terenach ZSRR. Komunistów mieszkających w Polsce wzywano do Moskwy pod pretekstem narady, a następnie mordowano.
W czasie okupacji sowieckiej, w latach 1939 –1941, NKWD nadal przeprowadzało aresztowania głównie oficerów, gdyż wiedziano o ich zaangażowaniu w konspirację. Nie tylko zresztą oficerów. W styczniu 1940 roku w Czortkowie 100 miejscowych uczniów, uzbrojonych w dwa pistolety, bagnet i szablę (to nie żart!) zaatakowało miejscowy garnizon sowiecki. „Powstanie czortowskie”– bo tak nazwano to wydarzenie – skończyło się po kilkunastu godzinach. Kilku Rosjan zginęło, kilku zostało rannych. Uczniowie – uczestnicy powstania – byli sądzeni. Zapadło 25 wyroków śmierci i 50 wyroków wieloletniego zesłania do łagrów.

Należy jeszcze dodać, że w latach 1944 – 1945, podczas przemarszu przez Polskę zmierzających do Berlina wojsk sowieckich, NKWD także przeprowadzało aresztowania. Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i oficerów Armii Krajowej ze Lwowa, Wilna, Lublina, Krakowa, Rzeszowa, Białegostoku wiezionych było bydlęcymi wagonami do obozów jenieckich. Niektórzy nie wytrzymali podróży, inni zmarli w kołchozach. Podobnie aresztowano ok. 5o tysięcy śląskich górników, z których mniej więcej co trzeci nie powrócił do domu. Nieznane są także miejsca ich pochówku.
Pozdrawiam
Stanisław M. Jankowski

 

Donat Kaminski: Czy faktycznie (jak to jest pokazane w filmie "Katyń" Andrzeja Wajdy) oficerom rosyjskim towarzyszyli oficerowie niemieccy? Jaki był ich udział? Jaką pełnili rolę?

Witaj!
Zapamiętałeś z filmu „Katyń” scenę przyjazdu grupy niemieckich oficerów na spotkanie z oficerami sowieckimi. Spotkania takie odbywały się wielokrotnie po 17 września 1939 roku,  a szczególnie w okresie 20 – 25 września, kiedy atakujące z obu stron armie (niemiecka z zachodu i sowiecka ze wschodu) praktycznie zgniotły polską obronę – „podały sobie ręce”, o czym triumfalnie powiadomiono w gazetach. Ale wcześniej dowódcy niemieccy i sowieccy planowali wspólnie walkę z polskimi oddziałami, uważając, żeby przez przypadek nie otworzyć ognia do siebie, do czego zresztą doszło parokrotnie. Na naradach ustalano, dokąd „wy”, a dokąd „my” dojdziemy. W Brześciu nad Bugiem odbyła się nawet wspólna defilada jednostek sowieckich i niemieckich, sfilmowana i sfotografowana, ale głównie pokazywana po niemieckiej stronie frontu, na terenach Generalnego Gubernatorstwa. Rosjan, karmionych jeszcze rok wcześniej antyniemieckimi sloganami, trzeba było ukierunkować na  życzliwe myślenie o niemieckim sojuszniku....

Nie odnaleziono dotąd żadnych dokumentów potwierdzających obecność niemieckich oficerów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku w czasie likwidacji obozów jenieckich
oraz więzień. Rosjanie pilnie strzegli tajemnicy i umieli wymusić jej utrzymanie.
Z zaskoczeniem czytamy kłamliwe artykuły – dobrze, że nielicznych rosyjskich historyków lub dziennikarzy – w których przekonują oni o udziale NKWD w Katyniu. Nie ma to jednak  nic wspólnego z faktami. Są w Polsce wydane cztery tomy dokumentów nt. zbrodni katyńskiej, opracowane wspólnie przez wybitnych rosyjskich i polskich historyków pt. „KATYŃ. Dokumenty zbrodni”. Znajdziesz tam dokumenty dot. poważnych spraw, ale i najdrobniejsze informacje dot. obozów i samego mordowania. Także zeznania funkcjonariuszy NKWD o zbrodni (np. Tokariewa, Syromiatnikowa, Klimowa) Nie ukrywaliby, że pomagali im Niemcy. Jaki cel takiego ukrywania ? Woleliby raczej podzielić się odpowiedzialnością...
Pozdrawiam
Stanisław M. Jankowski 

 

Roman Cierniewski: Czy podczas przesłuchań zatrzymanych oficerów korzystano z tłumaczy. Kim byli ewentualni tłumacze i jaki ich spotkał los?

Witaj, Romanie !
Podczas przesłuchań polskich oficerów w tzw. obozach przejściowych, stworzonych natychmiast po 17 września ( ok. 140 takich obozów ), obecni byli najczęściej funkcjonariusze NKWD znający język polski, lepiej lub gorzej. Ich nazwiska można również znaleźć na liście funkcjonariuszy NKWD odznaczonych za „wykonanie zadania specjalnego w 1940 roku”. Nikogo nie spotkała żadna kara, zresztą w razie procesu wybroniliby się, bo żaden z nich nie strzelał ani nie transportował na miejsce śmierci. Poza tym także wielu polskich oficerów – szczególnie tych pochodzących z tzw. Kresów lub służących w czasie I wojny światowej w armii carskiej, a później w szeregach Wojska Polskiego, w czasie wojny w latach l919 – 1920 – znało rosyjski, białoruski, ukraiński. Nie musieli oni korzystać z pomocy tłumaczy. Przed samą egzekucją pytano tylko o nazwisko, imię, datę urodzenia, imię ojca, sprawdzano te informacje na „liście wysyłkowej”.
Wcześniej dwa czy trzy razy tak samo weryfikowano dane osobowe przed załadowaniem do pociągu w obozie. Zaledwie dwie rewizje przed wyjazdem, a ocalało tyle przedmiotów i dokumentów, w tym prawie 50 pamiętników... 
Pozdrawiam
Stanisław M. Jankowski 

 

Kto, dlaczego i kiedy ujawnił zbrodnię katyńską?

13 kwietnia l943 roku (a według niektórych badaczy juz 12 kwietnia) Radio Berlin ogłosiło pierwszą informację o odnalezieniu w lesie Kozie Góry, (późniejsza nazwa "las katyński") mieszczącym się kilkanaście kilometrów za Smoleńskiem, grobów kilkunastu tysięcy polskich oficerów. Niemcy już od 30 marca wykopywali i identyfikowali kolejne zwłoki w mundurach, w których były listy pisane z terenu okupowanej Polski do obozu polskich jeńców wojennych w Kozielsku, jak również pamiętniki, pisane w Kozielsku. Niemcy wywnioskowali, że zabici byli jeńcami tego obozu. Od ludności cywilnej dowiedzieli się, że polskich jeńców przywożono na miejsce śmierci w kwietniu 1940 roku, w tym samym czasie, gdy urwała się korespondencja z Kozielskiem.

Wniosek był prosty; w dołach leżą jeńcy z Kozielska, wymordowani przez NKWD, bo nikt inny nie mógł w 1940 roku zamordować Polaków na terenie Związku Radzieckiego. Ponieważ wywiad niemiecki znał kulisy rozmów prowadzonych w Moskwie w latach l941-42 pomiędzy Sikorskim i Stalinem i wiedział o poszukiwaniu przez Sikorskiego kilkunastu tysięcy oficerów, więc  podano, że w dołach leży kilkanaście tysięcy zabitych. Dla Niemców odkrycie zbrodni było b. mocnym atutem propagandowym

Miało załamać Polaków, którzy w tym czasie, w ramach wielkiego frontu antyniemieckiego, byli aliantami  Rosjan, miało pokazać całemu światu, że Rosjanie to zbrodniarze, dopuszczający się masakry jeńców, zbrodniarze, z którymi nie warto i nie wolno współpracować. Stalin wyparł się zbrodni, a przywódcy tzw. "wolnego świata" : Roosevelt i Churchill - chociaż znali prawdę i nie mieli wątpliwości, kto zbrodnię popełnił - woleli uwierzyć Stalinowi. Sowieckie dywizje były potrzebne Rooseveltowi i Churchillowi do wygrania wojny z Niemcami, a Stalin mógł się również przydać w przyszłości, gdy trzeba będzie pokonać Japonię...

 

Dlaczego należy pamiętać o Katyniu? 

 Dlatego pamiętam, bo to mój "polski" kawałek historii, a jestem polskim historykiem i powinienem - tak mi się przynajmniej wydaje - znać, możliwie jak najlepiej, nie historię wyspy Madagaskar czy starożytnego Egiptu, ale swojego kraju. W to, abym znał, włożyli sporo pracy moi profesorowie na Uniwersytecie Jagiellońskim. I nie tylko oni, ale kilkuset bohaterów moich artykułów i książek, ludzi, którzy składali mi  relacje i przekazywali prawdę. I nadal tak jest, nadal się uczę i dowiaduję czegoś nowego....

  Dlatego pamiętam, bo za dużo widziałem kłamliwych tekstów na temat zbrodni i nie chcę, aby tych tekstów było więcej, aby - jak ja kiedyś - nikt nie zastanawiał się, kim byli sprawcy. Bo był taki czas, że zastanawiałem się, że to przecież nie jest możliwe, aby sprawcami byli Rosjanie, że nie jest  możliwe, aby tak kłamać całymi latami. To był czas, kiedy mało wiedziało się o deportacjach i innych zbrodniach sowieckich. Rodzice bali się ze mną na ten temat rozmawiać, w szkole podstawowej ani w liceach nie było żadnych rozmów z rówieśnikami. Byłem w Londynie u Stryja w 1961 roku, ale z 15 latkiem Stryj też nie chciał rozmawiać, uważając za mało mądrego

  W tym czasie w PRL wbijano nam do głowy, że to ZSRR  uratował Polskę przed Niemcami. Nie było literatury drugiego obiegu, w każdym razie w latach sześćdziesiątych ja nie miałem dostępu do takiej literatury.
 Od  ponad 40 lat jako publicysta staram się nadrabiać błędy niewiedzy z lat młodości, stąd moje prace na temat Katynia. Mam niewielką nadzieję, że ludzie którzy będą wiedzieli  o zbrodni tak niewyobrażalnej jak katyńska, to pamiętając o tragedii zastanowią się, gdyby mieli popełnić podobną. To - być może - przestraszą się, że prawda zostanie kiedyś ujawniona, więc nie popełnią zbrodni, nie z przyzwoitości i szanowania Bożych Przykazań, ale z najbardziej prymitywnego strachu przed ujawnieniem.

  I pamiętam też dlatego, że mnóstwo wiem o ofiarach, o tym, jakimi byli ludźmi, gdy żyli. Wielu było wspaniałych, chociażby ci, którzy do ostatniej chwili pisali pamiętniki, aby prawdę wyznać nawet zza grobu...

 Pamiętam, bo poznałem rodziny wielu z zamordowanych, poznałem wspaniałych ludzi, przegadałem wiele godzin w niejednym domu, słuchałem wdów, dzieci, znajomych. Ludzi, którzy nie nienawidzą Rosjan jako narodu, a tylko są zdania, że sprawcy powinni być osądzeni i ukarani, do czego - jak wiemy - nie doszło.

I pamiętam, bo poznałem wspaniałych Rosjan, którzy pomogli mi dotrzeć do wielu dokumentów w różnych zbiorach archiwalnych, z którymi dojechałem aż na Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym i tam sadziłem drzewka i tam sadziłem "drzewka  pamięci" mające być symbolem sowieckich  represji na więźniach sołowieckiego obozu koncentracyjnego. I Rosjan, którzy pomogli mi pokazać w Moskwie w roku 1990 - wielką wystawę katyńską i pomagają od lat w mojej pracy publicystycznej. Rosjan, którzy chcieliby, aby ujawniono wszelkie dokumenty na temat zbrodni, wskazano i osądzono wszystkich odpowiedzialnych za masakrę katyńską.

Pamiętam  oczywiście o oprawcach  zbrodni w 1940 roku i wiedząc, jacy byli - stale o tym przypominam, aby moi czytelnicy wiedzieli, jak wystrzegać się podobnych im z charakterów, ludzi nie szanujących innych przekonań, religii, rasy, miejsca zamieszkania. Z małych, przekonanych o swojej wielkości polityków - potworków rodzą się  wielcy politycy - potwory. Jak się ich nie powstrzyma, to gotowi są swoje kompleksy i ukryte w sobie zło - wyładowywać.

 

Czy ktoś podejrzewał, że to wyrok śmierci? Jak się zachowywali przed wyrokiem, bo wyczytalem, że z godnością i spokojem.

Istnieje jedynie przesłuchanie Tokariewa nt. zachowania się polskich oficerów przed wykonaniem wyroku. Przypominam, że znajdowali się w więzieniach, w celach, z których ich pojedynczo wyprowadzano ( W Charkowie, Twerze, Smoleńsku itd. ) Byli przekonani, że prowadzi się ich na kolejne przesłuchanie, a takich przesłuchań przeszli wiele od momentu dostania się do sowieckiej niewoli. Nie spodziewającym się wiązano ręce, zarzucano płaszcz na głowę. Nie mieli żadnej szansy obrony, zszokowani całą sytuacją. Sprawdzano imię nazwisko, datę urodzenia i prowadzono parę kroków dalej. Tam stał człowiek z pistoletem...

  Inaczej w Lesie Katyńskim. Wyciąganym z karetek więziennych pojedynczo oficerom wiązano ręce i prowadzono nad dół. Dwóch prowadziło, trzeci oprawca strzelał. Andrzej Wajda w "Katyniu" -  który to film konsultowałem jako historyk - pokazał wszystko bardzo drobiazgowo, zgodnie z tym, co dzisiaj wiemy o zbrodni. Czy wszyscy zachowywali się z godnością - tego nie wiemy. Na pewno któryś wołał o pomoc, inni modlili się, przeklinali oprawców, być może krzyczeli "Niech żyje Polska".

 

Szukałam już znanych utworów lirycznych na temat Katynia i znalazłam jedynie wiersz "Guziki" Zbigniewa Herberta. Mogę prosić o tytuły innych znanych wierszy, będę bardzo wdzięczna.

Oprócz wspaniałego wiersza Zbigniewa Herberta pt. "Guziki" powstało jeszcze kilkaset innych. Zebrał je w książce Jerzy R. Krzyżanowski, a tytuł tej książki to "Katyń w literaturze. Międzynarodowa antologia poezji, dramatu i prozy". Antologię wydało lubelskie Wydawnictwo "Norbertinum" w 1995 roku. Mam nadzieję, że książka jest we wszystkich ważniejszych polskich bibliotekach.

Przy okazji: wszyscy autorzy, których teksty znajdują się w tej książce - otrzymali honorarium. Dostaliśmy ( bo i mój tekst trafił do wspomnianej antologii) po jednym dolarze i chowam to honorarium jako bardzo cenną pamiątkę.

 

W jaki sposób Sowieci selekcjonowali więźniów ? (kogo zlikwidować, a kogo zachować przy życiu)

Każdy z polskich jeńców, bez względu na stopień wojskowy, po dostaniu się do sowieckiej niewoli, był wielokrotnie przesłuchiwany. Oficerowie bardziej dokładnie niż szeregowcy czy podoficerowie.

Każdą odpowiedź zapisywano i kiedy dzisiaj czyta się protokoły przesłuchań z 1939 roku czy z 1944 i 1945 roku, to zdumiewa różnorodność pytań o sprawy, wydawałoby się nieistotne, ale te odpowiedzi decydowały o wyroku. Najbardziej istotne dla przesłuchujących były odpowiedzi o stosunek do Związku Radzieckiego, do sowieckich przywódców, do komunizmu. Także pytano, czy chcieliby jeńcy - z chwilą zwolnienia - zostać w  ZSRR, wstąpić do Armii Czerwonej, co sądzą o rządzie Rzeczypospolitej, jak oceniają uderzenie wojsk sowieckich w 1939 roku  w celu - jak mówiono - "pomocy bratnim narodom Białorusi i Ukrainy". Pytano o działalność w partiach politycznych i organizacjach społecznych przed wojną, o udział w wojnie polsko - sowieckiej roku 1920, o ocenę ruchu komunistycznego w Polsce międzywojennej. Inne pytania dotyczyły nastrojów wśród jeńców w obozie, wypowiedzi antysowieckich.

Protokoły przesłuchań b. dokładnie analizowano. Większość, znaczna większość przesłuchiwanych oficerów, nie ukrywała swojego patriotyzmu i ujawniała antykomunizm, negatywnie oceniała ZSRR, a wejście wojsk sowieckich w 1939 roku określała "agresją".

Bardzo nieliczni wspominali o tym, że mogą zostać w ZSRR, a nie więcej jak kilkudziesięciu

zgodziło się przekazywać informacje o kolegach, o nastrojach, panujących w obozach. Ci mieli szanse ocaleć - i ocaleli. Pozostałych uznano za "wrogów Związku Radzieckiego ", a dla wrogów był w tym czasie tylko jeden wyrok: kara śmierci.

 

Chciałbym się dowiedzieć, czy mord dokonany na Polakach był kierunkowany w strefę ludzi wykształconych, inteligencję? Spotkałem się z opinią, że Stalin miał właśnie taki plan, ponieważ miało mu to umożliwiać lepszą kontrolę nad narodem polskim.

Nie wiemy i możemy tylko przypuszczać, o czym myślał Stalin i jego współpracownicy z Biura Politycznego KC WKP(b) gdy 5 marca 1940 roku podejmowali decyzję o likwidacji polskich jeńców i więźniów. Ławrientij Beria  napisał we wniosku -  z całą pewnością wcześniej uzgodnionym ze Stalinem - że wszyscy, których należy rozstrzelać to  "zawzięci wrogowie władzy radzieckiej, pełni nienawiści do ustroju radzieckiego, prowadzący agitację antyradziecką, a każdy z nich oczekuje oswobodzenia, by uzyskać możliwość aktywnego włączenia się w walkę przeciwko władzy radzieckiej"

Niewątpliwie Stalin zdawał sobie sprawę z tego, że wypuszczenie jeńców na wolność oznaczałoby wzmocnienie polskiej konspiracji, o której organizowaniu się jesienią 1939 - zimą 1940  doskonale w Moskwie wiedziano. Po powstaniu w Czortkowie  ( styczeń 1940 roku ) władze sowieckie zdały sobie sprawę, że cały czas muszą się liczyć z podobnymi wypadkami.

Czy po tylu latach można jeszcze poznać prawdę o zbrodniach, dokonanych przez Armię Czerwoną we wrześniu l939 roku?

W PRL cenzura pilnowała, aby do prasy czy książek nie trafiły informacje o zbrodniach, dokonanych we wrześniu l939 roku na wziętych do niewoli przez Armie Czerwoną polskich żołnierzach i oficerach. Od 1990 roku badacze podają do wiadomości publicznej coraz to nowe informacje o przestępstwach, nigdy dotąd nie wspomnianych ani nie ukaranych. Potwierdzenie niektórych faktów znajduje się w udostępnionych polskim historykom dokumentach z archiwów rosyjskich. W walkach z Armia Czerwoną w l939 roku zginęło 6000 - 7000 obrońców Kresów. Kilkuset, a może nawet więcej niż 1000, zamordowano już po wzięciu do niewoli...

 

Czy jeńcy wojenni w obozach nie podejrzewali, że za transportami oficerów w niewielkich grupach mogą kryć się jakieś złe intencje?

- W obozach starannie ukrywano dramat, jaki rozgrywał się kilkaset kilometrów dalej, w piwnicach więzień NKWD w Charkowie, Smoleńsku i Kalininie oraz w lesie katyńskim. Umiejętnie rozpowszechniane, głównie za pośrednictwem agentury, pogłoski sugerowały wymianę jeńców z Niemcami, wysłanie ich do krajów neutralnych, do Turcji, Szwajcarii, a nawet powrót do domów. Wiele takich i jeszcze bardziej fantastycznych informacji trafiło do notesów i kalendarzyków, znalezionych w 1943 roku w czasie ekshumacji w lesie katyńskim, a stamtąd dostarczonych do Państwowego Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki w Krakowie.

Zwerbowani do współpracy jeńcy - agenci, których w każdym obozie było przynajmniej kilkunastu, rozsiewali nie tylko pogłoski o planach NKWD, ale również informowali swoich mocodawców o nastrojach, panujących wśród kolegów. Już po kilku pierwszych transportach ze Starobielska zastępca komisarza ludowego spraw wewnętrznych ZSRR, komisarz bezpieczeństwa państwowego Wsiewołod Mierkułow otrzymał meldunek „o nastrojach wśród jeńców wojennych w związku z wysyłką z obozów.

Meldowano o pogłoskach : „Wysyłają na Sybir”, „Wysyłają na Sołowki”, „Wysyłają na bezludną wyspę”, „Wysyłają do Karelii do budowy dróg”, „Wysyłają do obozów niemieckich”. Agenci donosili również

o wyjeżdżających kolegach, którzy występują z wezwaniami, aby „Niezłomnie trwać w przyszłym boju za wielką Polskę, co by z nami nie robili” oraz z wezwaniem „niezłomnego trwania w obronie honoru polskiego oficera, za przyszłą wielką Polskę”.

Te informacje niepokoiły, ale nie przerażały władz obozowych, spośród których jedynie kilka osób wiedziało o likwidacji Polaków w miejscach, do których jadą. Najmniejsze podejrzenie oznaczało wybuch zamieszek, zbiorową ucieczkę czy nawet powstanie, którego likwidacja zmuszałaby do zaangażowania niemałych sił wojskowych, bez pełnej gwarancji zachowania tajemnicy.

W pierwszych dniach kwietnia l940 ochrona obozu w Kozielsku zostaje więc wzmocniona o zewnętrzne i wewnętrzne posterunki. Jest ich nie tylko więcej, ale lepiej dobiera się tam „kadrę osobową”. Posterunki bywają częściej kontrolowane, zmieniony zostaje instruktaż wychodzących na patrol oraz wprowadzona metoda ochrony kombinowanej przez wystawienie czujek i wart. Wartownikom ma pomagać lepsze oświetlenie, zakaz wychodzenia jeńców z obozu do pracy, a nawet na przesłuchania.

W tych dniach, na co uwagę zwróciło kierownictwo obozu, bardzo zmniejszyła się liczba wizyt w ambulatorium i w szpitalu, a chorzy zaczęli szybko „zdrowieć” i żądali przedterminowego wypisania, „z obawy przed nie zapisaniem ich do wyjazdu”.

 

Czy przewodniczący Ray J. Madden i jego koledzy z amerykańskiej Komisji Specjalnej nie zorientowali się podczas przesłuchania, że ukrywający twarz pod kapturem „John Doe” opowiada im bzdury, nie mające nic wspólnego ze zbrodnią w Lesie Katyńskim ?

Oceniając Komisję Specjalną można oczywiście zastanawiać się, czy jej członkowie byli aż tak pracowici i przed przystąpieniem do przesłuchań dotarli do dokumentacji, zebranej przez Niemców podczas ekshumacji w l943 roku, a następnie wydrukowanej. Trudno uwierzyć, aby zapoznali się z tym, co opublikowano w Moskwie, po badaniach, pod koniec 1943 i w styczniu 1944 roku, prowadzonych przez tzw. Komisję Burdenki - bo i wówczas ich pytania byłyby zupełnie inne. Jeśli już wierzyć w jakieś próby przygotowania się do pracy, to mogli zajrzeć do protokołów z przesłuchań w czasie procesu w Norymberdze. I na takiej podstawie – niestety - mieć wypaczony obraz rzeczywistości w Związku Radzieckim w pierwszych latach wojny...

W 2007 roku, m.in. dzięki zeznaniom b. enkawudzistów, wiemy bardzo dużo o „technice” egzekucji w 1940 roku. Bzdurami więc nazwać trzeba zeznania świadka „Doe” o napełnianiu trocinami ust jeńcom w lesie, na moment przed śmiercią, bo to zmuszało by noszenie worków z trocinami przez konwój czy egzekutorów. Kompletny nonsens to także opowieść o wprowadzaniu grupy 200 jeńców do lasu i tam, w świetle reflektorów, zabijanie ich dwójkami, na oczach i przy bezradności pozostałych. Nie wzbudza nawet najmniejszego zaufania informacja o dokładnym policzeniu – przez siedzącą na drzewie trójkę - prowadzonych na śmierć ofiar. Na dodatek o liczeniu zabijanych z odległości ponad stu metrów, w nocy i tylko w świetle reflektorów. Cuchną fałszem zapewnienia świadka o wejściu na drzewo tylko po to, żeby być świadkami egzekucji, zasygnalizowanej im wcześniej przez spotkanego przypadkiem pastucha...

Być może Ray J. Maddena i jego koledzy z Komisji Specjalnej zwrócili uwagę na wspomniane wyżej nonsensy, ale nie ujawniali swoich emocji. I na przykład po zakończeniu przesłuchania „Johna Doe”, w swoim gronie zastanawiali się, że zamierzając zgładzić kilka tysięcy jeńców nie prowadzi się ich w nocy grupami do lasu ? Ale mieli prawo wierzyć, że jeńcom wiązano ręce drutem, a nie sznurem; kawałek „katyńskiego” sznura zobaczą i włączą do dowodów rzeczowych dopiero po przesłuchaniach w Londynie. Mogli podejrzewać, że świadek przesadza, podając ilość 35.000 – 40.000 jeńców polskich obozu w Pawliszczew Borze, ale nie wiedzieli – bo od kogo - że obóz ten mógł pomieścić najwyżej 8000 osób...

Można tylko przypuszczać, że przesłuchującym nie spodobała się podana przez świadka data zbrodni: listopad 1940 roku. Przed „ zakapturzonym „ wysłuchali zeznań pułkowników. Donalda B. Stewarta oraz Johna van Vlieta, których w maju 1943 wysłano z oflagów, aby obejrzeli miejsce masakry w Katyniu. Obaj oficerowie mówili o zbrodni, dokonanej – jak ich poinformowano - wiosną 1940.

Może więc nawet po tylu latach warto zapytać, kto mógł być zainteresowany, aby inną od faktycznej datę zagłady jeńców wprowadzić do protokołów amerykańskiej Komisji Specjalnej ? Aby poprzez pełne nonsensów zeznania „Johna Doe” skompromitować pracę Komisji, już na pierwszym etapie jej działalności ? Żeby podsunąć argumenty tym, którzy Komisję natychmiast skrytykują i wykpią ?

Zakapturzonego „Johna Doe” wykpiono w warszawskiej „Trybunie Ludu”, a nawet na okładce satyrycznego tygodnika „Szpilki”. I równocześnie w prasie polskiej w Wielkiej Brytanii..

„Tak jak bardzo wielu Polaków – pisał autor artykułu w „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”- zwłaszcza tych, którzy śledzili od dawna materiały dowodowe na temat Katynia, czytałem zeznania zakapturzonego świadka przed komisją kongresu z bardzo mieszanymi uczuciami. Czyżby rzeczywiście znalazł się nagle świadek naoczny, którego od lat władze nasze na próżno poszukiwały ?..Świadek ów po wybuchu wojny w l941 roku znalazł się w Armii Andersa, w której służył przez całą wojnę Mimo jednak, że w II Korpusie zbierano starannie wszelkie szczegóły, on – jeden, człowiek, który widział egzekucję – nie zgłosił się nigdy, aby podać swą sensacyjną relację. Wydaje mi się to n i e z r o z u m i a ł e....”

W czasie obrad Komisji nie tylko z niej kpiono. W Polsce, przez radio i w gazetach, rozpowszechniano „Oświadczenie Rządu RP”, przypominające że „Naród polski z oburzeniem piętnuje cyniczne prowokacje amerykańskich imperialistów, żerujących na tragicznej śmierci tysięcy obywateli polskich w Katyniu”

Czytaj też: Świadek w kapturze

 

Czy udało się może odnaleźć pomnik, ukradziony z warszawskiego cmentarza na Powązkach i ustalić sprawców kradzieży?

Obywatelski Komitet Budowy Pomnika Zbrodni Katyńskiej o kradzieży powiadomił prokuraturę. Podjęto śledztwo, ale do grudnia 1981 roku nic nie udało się wyjaśnić.

W tym czasie Obywatelski Komitet Budowy przygotował akt erekcyjny, napisany przez profesora Jerzego Łojka i zakopany w „dolince katyńskiej”, gdzie postanowiono wznieść następny pomnik.6 grudnia do „dolinki” wkroczyli saperzy, aby wykopać łuskę z zalutowanym wewnątrz aktem erekcyjnym, a 13 grudnia zaczął się stan wojenny. Stefan Melak, Jerzy Łojek i jeszcze kilka innych osób z Obywatelskiego Komitetu Budowy znalazło się w ośrodkach internowania. Po wyjściu na wolność nie zapomnieli jednak o „swoim” pomniku. Naciskali na prokuraturę, aby nie przerywała śledztwa, a równocześnie z oburzeniem – podobnie jak tysiące warszawiaków – zareagowali na postawienie innego pomnika z napisem „żołnierzom polskim zamordowanym przez hitlerowców w ziemi katyńskiej”.

W 1988 roku, po kolejnym, tym razem pisemnym wystąpieniu do prezydenta miasta Warszawy z prośbą o oddanie pomnika zapewniono Stefana Melaka,, że krzyż i tablice wrócą na swoje miejsce. 5 sierpnia 1988 roku, w rowie pod murem cmentarza, znaleziono elementy „pomnika katyńskiego”, ukradzionego 31 lipca l981.

A śledztwo umorzono z powodu „niewykrycia sprawców”.

Czytaj też: Niebezpieczne nekrologi

 

Czy rzeczywiście studzienka na rynku w Krakowie to zarazem i pomnik, przypominający śmierć człowieka, który w latach osiemdziesiątych protestował przeciwko „kłamstwu katyńskiemu”?

Odpowiadając na pytanie, trzeba najpierw przypomnieć, że kilka minut przed godziną 8. w dniu 21 marca l980 roku, obok studzienki na płycie Rynku Głównego, naprzeciwko znanej restauracji „Hawełka”, podpalił się Walenty Badylak, w czasie wojny żołnierz Armii Krajowej, później krakowski rzemieślnik. Przechodnie próbowali go ratować, ale uniemożliwiły to wybuchające w kieszeniach samobójcy butelki z jakimś płynem łatwopalnym i łańcuch, którym mężczyzna przywiązał się do studzienki.

Kilka godzin po jego śmierci w komendzie MO Kraków – Stare Miasto odczytano napisy z przywiązanej do szyi denata tablicy z miedzianej blachy. Jedno z wykłutych gwoździem – lub jakimś ostrym przedmiotem - zdań przypominało, że swoją śmiercią Walenty Badylak postanowił zaprotestować przeciwko „mordercom katyńskim i ichpłatnym krajowym renegatom...”

W żadnej z ówczesnych prasowych, radiowych lub telewizyjnych informacji o tragedii nie ujawniono wspomnianego wyżej tekstu. W komitecie wojewódzkim PZPR w Krakowie zapadła decyzja o podaniu do publicznej wiadomości, że samobójca odwielu lat „leczony byłz powodu chronicznej choroby psychicznej”. Każdego, kto później chciał przy studzience złożyć kwiaty karano mandatem „za zaśmiecanie miasta”. Tak było do l989 roku...

W l991 roku historycy z Instytutu Katyńskiego w Polsce dotarli jednak do akt prokuratorskiego śledztwa „ w sprawie śmierci Walentego Badylaka „.

W „BIULETYNIE KATYŃSKIM”* ujawniono, że samobójca nie był leczony „z powodu chronicznej choroby psychicznej”, ale „uskarżał się jedynie na bóle kończyn dolnych i utrudnienie chodzenia”, dostawał „łagodnie działające leki nasercowe i ogólne” oraz - zdaniem lekarza - „zachowywał się zupełnie normalnie...”Nie żył już autor tych słów, więc nie można go było zapytać, dlaczego i na czyje polecenie dwa miesiące wcześniej, w dniu śmierci Walentego Badylaka, ten sam lekarz zeznał, że jego pacjent „cierpiał na depresję inwolucyjną” ?

W 1991 roku nie udało się też ustalić, kto personalnie odpowiada za rozpowszechnianie wiadomości o leczeniu samobójcy w szpitalu psychiatrycznym, mimo milicyjnych notatek, że żaden z polskich szpitali nie zarejestrował pacjenta o tym nazwisku. Nie poznamy nigdy nazwisk osób, odpowiedzialnych za zniszczenie najważniejszej dokumentacji z lat 1980 - 82 w krakowskim oddziale Polskiej Agencji Prasowej. Skąd wyszedł w świat

komunikat o „chorym psychicznie samobójcy”, a nie wymknęło się nawet jedno słowo o znalezionej przy zwłokach tablicy z napisem, oskarżającym „katyńskich morderców i ichkrajowych renegatów”....

Aż do 1991, do dnia ukazania się artykułu w ” BIULETYNIE KATYŃSKIM”, nikt nie miał pojęcia o widokówce, pozostawionej przez planującego śmierć Walentego Badylaka: „Kochani – jeśli tam nie ma nicości, a są duchybratnie – napisał do najbliższych przed wyjściem na miejsce swojej samobójczej śmierci przy studzience - będę was wspomagał, a w chwilachszczególnych odczujecie moją obecność – ojciec i dziadek.”

Od kilkunastu lat tablica, wmurowana obok studzienki w płytę krakowskiego Rynku Głównego, informuje o Walentym Badylaku i jego dramatycznym proteście przeciwko ukrywaniu zbrodni w Katyniu. Często można zobaczyć także kwiaty lub zapalony znicz ...

----------

* Śmierć przy studzience (w ) „BIULETYNKATYŃSKI”, 1 (33), Kraków, l991.

Czytaj też: Niebezpieczne nekrologi

 

Jak w Polsce zareagowano na oświadczenie Agencji TASS i jak oceniono ten dokument ?

Swoimi oświadczeniami odpowiedzieli ówczesny przewodniczący NSZZ „Solidarność”- Lech Wałęsa, Prymas Polski Kardynał Józef Glemp oraz Rząd Polski na Uchodźstwie.

Edward Szczepanik, kierujący rządem RP na Uchodźstwie, przypominał historię starań polskiego rządu rezydującego w Londynie, od roku l943 domagającego się ujawnienia prawdy, ustalenia nazwisk i ukarania sprawców zbrodni, podania do wiadomości nazwisk wszystkich zgładzonych, zarówno w roku l940 jak i w innych latach na „sowieckiej ziemi” oraz odszkodowania dla rodzin ofiar. Przypominano, że obok wydania lakonicznego oświadczenia TASS władze sowieckie powinny oficjalnie i uroczyście przeprosić za „ ohydna zbrodnię” w roku l940.

Przeproszenia nie żądał w swoim posłaniu – odczytanym w czasie mszy polowej - kardynał Józef Glemp. Prymas powiedział, że „Katyń to tylko część prawdy, a pozostają jeszcze nieodnalezione cmentarzyska pomordowanych jeńców ze Starobielska i Ostaszkowa”, natomiast w oświadczeniu Lecha Wałęsy znalazło się wezwanie o umożliwienie Polakom dostępu do „emocjonalnie ważnych miejsc [zbrodni], ukarania winnych oraz „materialnego zadośćuczynienia krzywdom ofiar i osób im bliskich.”

Czytaj też: Agencja TASS - oświadczenie

 

Czy wiemy coś o reakcjach Rosjan na oświadczenie Agencji TASS ?

Lech Pocziwałow, pisarz i publicysta znany z przyjaznych uczuć do Polski i Polaków w wydrukowanym w „Litieraturnoje Gazetie” artykule pt „Popiół Katynia” słowa żalu we wspomnianym oświadczeniu agencyjnym nazwał wypowiedzianymi „tak jakby przez zęby”. I zastanawiał się równocześnie, czy zostaną ujawnione wszystkie okoliczności i miejsca zbrodni oraz czy dojdzie do ukarania winnych.

„ Bez sądu nad kłamstwem – skomentowały Agencję TASSzasłużone w odkrywaniu iopisywaniu zbrodni stalinowskich „Moskowskije Nowosti” – nie ma gwarancji, że znów czegoś nie ukryje się u nas...”Tygodnik przypomniał również o dziennikarskich sukcesach swoich dziennikarzy, m.in. GennadijaŻaworonkowa’ który dotarł do ludzi, znających prawdę o zbrodni katyńskiej. Redakcja nie ukrywała, że „przeszkadzano jej w poszukiwaniachwskazując drogę donikąd, krzykiem i łajaniem starano się zmienić białe plamy na brudne...”

Postawiono też kilka pytań, które po tylu latach wydają się może naiwne, ale w l990 roku nie mogły być życzliwie przez kierownictwo KGB i wielu sowieckich polityków. Czy tzw. „raport Burdenki”- zastanawiała się „MN”- był świadomym falsyfikatem ? Dlaczego zastraszano świadków zbrodni lub kagebistów, zdecydowanych pomóc dziennikarzom ? Jak to się stało, iż dokumenty odnaleźli nieomal przypadkowo historycy, a nie powołana do zbadania sprawymieszana komisja radzieckich i polskich partyjnych naukowców ?

W tym samym czasie, gdy „Moskowskije Nowosti” wzywały do pociągnięcia do odpowiedzialności „tych, którzy do ostatniego dnia zasłaniali się tajemnicą”

w sukurs redakcji przyszła profesor Natalia Lebiediewa. Jej publikacje od dawna poruszały czytelników „MN” -redakcji, z którą od jakiegoś czasu współpracowała przy ujawnianiu kulisów zbrodni z roku l940.

- Uważam – podkreśliła profesor Lebiediewa w wywiadzie, nagranym w lesie katyńskim przez Edwarda Miszczaka z Polskiego Radia-że według prawa międzynarodowego funkcjonariusze NKWD są przestępcami wojennymi, a dla popełnionejprzez nich zbrodni na polskich jeńcach wojennych nie ma przedawnienia. Zgodnie z prawem międzynarodowym przestępcy wojenni powinni być przekazywani tym państwom, wobec których przedstawicieli przestępstwo zostało dokonane.

- Oni mogą miećpowyżej 80 lat...

- To niema żadnego znaczenia. My –o Związku Radzieckim powiedziała Natalia Lebiediewa - sądzimy wojennych przestępców, którzy dokonali przestępstw przeciwko obywatelom radzieckim i zawsze upominaliśmy się bardzo energicznie, aby nam byli wydawani dla osądzenia. I dlatego, jeśli chodzi o sprawców zbrodni z roku l940, jeśli Polska tego zażąda, to uważam, że nasz rząd powinien rozpatrzyć tę prośbę z pełnym zrozumieniem.

Czytaj też: Agencja TASS - oświadczenie

 

Na jakiej stronie w internecie jest dostępna pełna lista zamordowanych?


Nie zetknąłem się - jak dotąd - z zamieszczoną w internecie pełną listą nazwisk zamordowanych w 1940 roku naszych wojskowych i policjantów. Obiło mi się o uszy kilka lat temu, że jest planowane przygotowanie takiej listy dla internetu. I bardzo potrzebne, ale trzeba znaleźć kogoś, kto ma dostęp do wydanych drukiem spisów zamordowanych, zarówno do dokumentów opracowanych w 1943 roku przez Niemców, jak i do sowieckich "list wywózkowych" z obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku w roku l940. Oraz potrafi ustalić nazwiska tych Polaków, którzy byli w więzieniach na tzw. Zachodniej Ukrainie i Zachodniej Białorusi, a w 1940 roku zgładzono ich np. w Kuropatach i Bykowni..

Przygotowywać taki spis ponad 21.000 zamordowanych, a może nawet krótkie biogramy ofiar powinna osoba, mająca do dyspozycji pomoc w postaci tłumacza(-y) znających języki: niemiecki i rosyjski, bo trzeba porównywać niektóre nazwiska, różnie zapisywane w różnych dokumentach...


Kto wydal ostateczny rozkaz o dokonaniu ludobójstwa w Katyniu? Ile polskich oficerów przeżyło tą zbrodnie? Dlaczego ujawnienie tej zbrodni dokonanej przez NKWD trwało tak długo? Kto zakazał mówienia o tym i dlaczego?

Na wydanej 5 marca 1940 roku decyzji o skazaniu na najwyższy wymiar kary - rozstrzelanie 14. 700 osób, b. oficerów, policjantów, urzędników, żandarmów i służby więziennej oraz 11.000 b. polskich oficerów znajdują się podpisy członków Biura Politycznego KC (WKPb)- Józefa Stalina - ówczesnego sekretarza generalnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii bolszewików( WKPb ), Klimenta Woroszyłowa - ludowego komisarza obrony, Wiaczesława Mołotowa - ludowego komisarza spraw zagranicznych oraz Anastaza Mikojana - ówczesnego zastępcy Przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych ZSRR

Mikojan, podobnie jak Stalin i Woroszyłow, podpisali się niebieskim kopiowym ołówkiem, natomiast Mołotow - ołówkiem zwykłym. Na oryginale uchwały znajduje się dopisek, wykonany najprawdopodobniej przez osobistego sekretarza Stalina z informacją, że "Kalinin - za, Kaganowicz - za". Michaił Kalinin był w roku 1940 przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej ZSRR, a Łazar Kaganowicz - członkiem Biura Politycznego.

Uchwałę dostali do wykonania : Wsiewołod Mierkułow - pierwszy zastępca komisarza ludowego spraw wewnętrznych ZSRR, Leonid Basztakow - naczelnik 1 Wydziału Specjalnego NKWD ZSRR i Bachczo Kobułow - zastępca komisarza ludowego spraw wewnętrznych ZSRR.

Jeśli wierzyć notatce z 9 marca l959 roku, napisanej przez przewodniczącego KGB ZSRR A. Szelepina do N. Chruszczowa, że w archiwum znajdują się materiały dot. rozstrzelania w roku 1940 przez NKWD 21 857 osób, to znaczy że nie rozstrzelano wszystkich 25. 700 Polaków, przewidzianych do wymordowania wspomnianą na wstępie decyzją z dnia 5 marca 1940. Łatwo obliczyć, ilu ocalało, po prostu odejmując ilość rozstrzelanych
od liczby przewidzianych do eksterminacji....



Dlaczego ujawnianie trwało tak długo?

 

To bardzo ważne dzisiaj pytanie i z góry przepraszam za zbyt długą odpowiedź.

Związek Radziecki nigdy nie był zainteresowany ujawnieniem zbrodni w Katyniu, bo nie był zainteresowany ujawnieniem żadnej zbrodni, dokonanej w tym czasie, gdy istniała Rosja Radziecka, a później ZSRR. Dokumenty o wszystkich zbrodniach chroniono w sowieckich zbiorach archiwalnych i miały najwyższy stopień tajności, co oznaczało, że tylko mogli je oglądać najważniejsi z sowieckich dygnitarzy, sekretarze generalni Komunistycznej
Partii Związku Radzieckiego. Nie mogli tych dokumentów oglądać historycy, dziennikarze, a gdyby je nawet obejrzeli, to cenzura zablokowałaby druk książki czy artykułu, a autor odpowiadałby karnie za rozsiewanie kłamliwych informacji. Patrz artykuły i informacje o działaniach PRL-owskiej cenzury i karaniu wyrokami sądowymi oraz innymi represjami ludzi, którzy próbowali ujawniać prawdę o zbrodni katyńskiej.


ZSRR dokonując zbrodni złamał międzynarodowe konwencje o ochronie jeńców wojennych i dokonał zbrodni ludobójstwa na prawie 22.000 polskich wojskowych i policjantów. To jest zbrodnia, dla której nie ma przedawnienia. ZSRR, przedstawiający się jako kraj miłujący pokój i domagający się ścigania sprawców innych zbrodni ludobójstwa, nie chciał ujawnić światu, że jego funkcjonariusze też dokonywali zbrodni, bez wyroków sądowych mordując nie tylko polskich oficerów i policjantów, ale miliony niewinnych ludzi....


Ujawnienie zbrodni w Katyniu mogło - zdaniem władz komunistycznych - ruszyć lawinę ujawniania innych mordów, dokonanych na obywatelach Rosji Radzieckiej, później ZSRR., a także na obywatelach innych krajów: Łotyszach, Ukraińcach, Francuzach, Węgrach, Litwinach, Mongołach, Finach, Niemcach, Białorusinach itd. Ujawnienie światu, że Rosjanie - a nie tylko Niemcy - też mordowali jeńców i więźniów, że w Rosji Sowieckiej istniały obozy koncentracyjne wcześniej niż w Rzeszy, że obozów pracy niewolniczej (łagrów ) było ponad 1000 - przez ponad pół wieku nie mieściło się w głowie władzom partiikomunistycznej ZSRR. Dodam, że obecnie w Rosji - mimo ujawnienia w 1990 roku sprawców zbrodni katyńskiej - nadal zdarzają się, pisarze, politycy, historycy, którzy twierdzą, że zbrodni w Katyniu w 1940 roku nie dokonało NKWD, ale Niemcy.


Problem nie tylko w ujawnieniu zbrodni. Ujawnienie oznacza także obowiązek postawienia przed sądem sprawców zbrodni i ich ukaranie, bo tak mówi każde prawo. A to w ZSRR mogło oznaczać konieczność postawienia przed sądem i ukarania kierownictwa partii komunistycznej i kierownictwa NKWD. Jak w państwie totalitarnym, rządzonym przez komunistyczną partię, opierającą się na policji politycznej, doprowadzić do sądu nawet poprzednie kierownictwo partyjne. Nie udało się to Nikicie Chruszczowowi, który ujawnił zbrodnie Stalina, ale chociaż żyli jeszcze b. współpracownicy Stalina, to nie potrafił postawić ich przed sądem. I nie chciał, bo sam - jako były I sekretarz partii komunistycznej na Ukrainie - był odpowiedzialny za dokonane tam represje; zbrodnie, deportacje...

Komuniści nie chcieli sądzić szefów NKWD, bo nie było to możliwe w kraju o tak silnych wpływach policji politycznej (NKWD). Nawet po ujawnieniu zbrodni w roku 1990 nie postawiono przed sądem b. funkcjonariuszy b. NKWD, odpowiedzialnych za mord w Katyniu. Po osądzeniu opinia publiczna na świecie przypominała by oczywiście o konieczności rekompensaty finansowej dla rodzin ofiar represji, bo tak stanowi prawo. A to oznaczało by wyrównanie finansowe nie tylko dla rodzin polskich ofiar zbrodni katyńskiej, ale dla milionów innych ofiar. Żaden budżet państwowy w kraju, w którym miliony ludzi
represjonowano i milionom ich rodzin powinno się zapłacić ....nie wytrzymałby takich rekompensat finansowych.

Polecam książkę "Czarna księga komunizmu.. Zbrodnie, terror, prześladowania.", wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, jest dostępna - a w każdym razie powinna być dostępna - w każdej większej bibliotece każdej większej uczelni, a nierzadko w bibliotekach miejskich lub wojewódzkich. Bywa dostępna w antykwariatach. Znajdziesz tam informacje zbrodniach komunistycznych nie tylko w ZSRR. Pamiętaj, że po tej książce trudno zasnąć... Polecam również inne książki, których tytuły i autorów wymieniam w witrynie, poświęconej zbrodni w Katyniu, szczególnie prace rosyjskich autorek - naukowców Jażborowskiej, Lebiediewej i dziennikarza Abarinowa. Te książki też są w wielu bibliotekach.



Co Rosjanie teraz myślą na ten temat? Jak odbierają te wydarzenia, które zdarzyły się w 1940?


Pytanie bardzo pojemne, bo pod słowo "Rosjanie" trzeba podłożyć i nazwiska wybitnych naukowców czy dziennikarzy, autorów artykułów i książek o zbrodni katyńskiej oraz o odpowiedzialności ZSRR za tę zbrodnię. To kilkadziesiąt wspaniałych nazwisk, do tego dojść powinno przynajmniej kilkadziesiąt nazwisk naszych przyjaciół ze Stowarzyszenia "Memoriał", którzy pomagali w poszukiwaniu dokumentów i nawet w ekshumacjach. Do tego
dochodzą nazwiska przynajmniej kilkunastu polityków lub nawet działaczy partii komunistycznej w latach 1988 - 1990 ale i później, pomagających w ujawnieniu zbrodni. Do tego prawników, prokuratorów, nawet funkcjonariuszy KGB, którzy w czasie śledztwa stali po stronie prawdy, przesłuchiwali ujawnionych sprawców zbrodni, prowadzili śledztwo....

A może i rosyjskich żołnierzy, którzy w czasie ekshumacji w latach l991 - 1996 wykopywali szczątki polskich ofiar w Katyniu czy Miednoje ? Czy chociażby tych kadetów i młodzież ze szkół w Smoleńsku, która manifestowała razem z naszą młodzieżą w czasie Pierwszego "marszu pamięci" z Gniezdowa do Katynia, 28 kwietnia 2007 roku zorganizowanego przez Stowarzyszenie" Memoramus" ? Obok wojskowych i młodzieży szli też z transparentami miejscowi obywatele, a nawet jeden z wicegubernatorów Smoleńska...


Pod słowo "Rosjanie" trzeba podłożyć oczywiście nazwisko docenta Aleksandra Gurianowa z "moskiewskiego "Memoriału", który w imieniu polskich rodzin "walczy" z sądami i prokuratorami w Moskwie, aby ujawnić prawdę o zbrodni i uznać tę zbrodnię za ludobójstwo, a ofiary - za ofiary takiej zbrodni. Podczas myślenia nad słowem "Rosjanie" warto pamiętać o rosyjskich prokuratorach, którzy śledztwo katyńskie umorzyli, o sędziach, którzy ich wspierają, o politykach z najwyższej rosyjskiej półki, którzy sterują tymi prokuratorami i sędziami,. A nawet o kilku - kilkunastu autorach artykułów i książek, wydawanych od kilku lat w Rosji i podających, że zbrodni dokonali Niemcy lub sugerujących, że polscy oficerowie zasłużyli na ukaranie, bo nie chcieli walczyć z Niemcami....


Pod słowem "Rosjanie" mieści się również - i świeci wspaniałym blaskiem - nazwisko docenta astronomii - Aleksieja Pamiatnycha, który od 20 lat pomaga Polsce w ujawnianiu prawdy o zbrodni z roku 1940, szuka nazwisk zamordowanych polskich oficerów, założył strony internetowe, poświęcone walce z kłamstwem. Adresy tych jego stron znaleźć łatwo na tej właśnie stronie w tekście pt. "Wątpliwości rosyjskich internautów". Jeżeli chcesz napisać bezpośrednio do Aloszy Pamiatnycha, który mieszka w Warszawie, to chętnie mogę pośredniczyć w korespondencji.

Jakim państwom, organizacjom była przedstawiona sprawa katyńskiej zbrodni?

W 1943 roku prawdę o zbrodni poznali przywódcy Wielkiej Brytanii i USA. Dla Churchilla i Roosevelta mniej ważna od prawdy była obecność wojsk sowieckich na froncie przeciwko Niemcom, od alianta polskiego ważniejszy - bo bardziej liczny - był aliant sowiecki. To Rosjanie mieli zaatakować Japonię, aby ją pokonać zaraz po pokonaniu Niemców. Prawdę o zbrodni w roku l943 poznał Międzynarodowy Czerwony Krzyż w Genewie a także rządy kilku krajów europejskich (Włochy, Węgry) Znano prawdę o zbrodni w pozostających
pod kontrolą Rzeszy Czechosłowacji i Danii, bo z tych krajów eksperci pojechali na miejsce ekshumacji w Katyniu. Znał sprawę Watykan, dzięki matropolicie krakowskiemu Sapiesze, który do Katynia wysłał swojego przedstawiciela - księdza Jasińskiego.

W 1951 roku w USA powołano do życia komisję Izby Reprezentantów kongresu do zbadania zbrodni. Sporo wiedzy o niej znajdziesz na naszej stronie internetowej o Katyniu, a także polecam książkę Janusza Zawodnego "Katyń". W czasie prowadzonych przez Komisje przesłuchań okazało się, że w Departamencie stanu USA i w kierownictwie Pentagonu w 1944 roku blokowano informacje nt. zbrodni, aby prawdy nie poznało amerykańskie społeczeństwo.

W 1972 roku, w czasie przygotowań do postawienia w Londynie pomnika katyńskiego - budowanego z inicjatywy Polonii - rząd brytyjski całkowicie umył ręce i w uroczystości odsłonięcia pomnika nie wzięli udziału przedstawiciele władz brytyjskich ani wojska. Nieoficjalnie było wielu Anglików, nawet parlamentarzyści i wysocy rangą wojskowi.

Przez wiele lat starano się w wielu krajach świata oficjalnie milczeć na temat Katynia, żeby nie drażnić sowieckiego niedźwiedzia. Nie dopuszczano naukowców i dziennikarzy do archiwów ( np. w Waszyngtonie, Londynie ). Wielu wydawców w krajach zachodnich nie ryzykowało wydania książek nt. zbrodni, mnóstwo kłopotów mieli autorzy np. Stanisław Swianiewicz, Aleksandra Kwiatkowska - Viatteau, Janusz Zawodny, Józef Mackiewicz.


Od czego i dlaczego pochodzi słowo Katyń?

Pierwsze komunikaty o zbrodni informowały o dołach ze zwłokami Polaków i miejscu ekshumacji na uroczysku Kozie Góry (Kosogory), jak nazywano te część Lasu Katyńskiego, gdyż przed 1917 rokiem na tych terenach wypasali swoje kozy okoliczni mieszkańcy.

W kwietniu 1943 roku nazwę Katyń jako miejsce zbrodni zaczął podawać - jak twierdzi w jednym z listów do rodziny - odpowiedzialny ze strony Wehrmachtu za propagandowe "zabezpieczenie" miejsca zbrodni i ekshumacji nazista z Wiednia, przedwojenny dziennikarz porucznik Georg Slowentschik (Slowenczik ?). Więcej o nim w pracach Józefa Mackiewicza i w książce "Zbrodnia w Katyniu w świetle dokumentów" ( poszukaj na stronie o Katyniu pod hasłem pt. "Warto przeczytać" ) i w książce Jana Delowskiego "Śmierć przyszła wiosną",
wyd. Żory 2000.

Katyń to niewielka miejscowość, może dokładniej pisząc wioska, w pobliżu stacji kolejowej Gniezdowo, 14 - 15 kilometrów od Smoleńska, jadąc od Smoleńska po lewej stronie drogi Smoleńsk - Witebsk. Jeśli wierzyć wspomnianemu por. Slowentschikowi to właśnie słowo "Katyń"- nazwa miejscowości, bardziej "pasowało" mu w jego działaniach propagandowych. Było zgodne z prawdą, bowiem obok Katynia, w Lesie Katyńskim, na terenie znajdującego się tam terenu, zajętego przez OGPU ( poprzednik NKWD) już od 1918 roku rozstrzeliwano i chowano obywateli sowieckich.

Tak do literatury przedmiotu wszedł "Katyń" i "zbrodnia katyńska" lub "zbrodnia w Lesie Katyńskim".

Czy oprócz Polaków byli tam także ludzie innych narodowości? Czesi, Słowacy lub inni? Ostatnio w Czechach słyszałem ożywiona dyskusję na temat Katynia. Czy ktokolwiek zbiegł z tych obozów sowieckich?


W Charkowie, gdzie - równolegle z Katyniem - mordowano również w 1940 roku naszych oficerów z obozu w Starobielsku został zgładzony kpt. int. w st. spoczynku - Emanuel Aladar Korompay, Węgier z pochodzenia, autor wydanych w 1938 roku rozmówek polsko-węgierskich, pracownik ambasady węgierskiej, ale uważający się za Polaka, służący w Armii Polskiej w okresie międzywojennym.

W Katyniu zginął por. Joachim Schreer, polski oficer z Łodzi, częściowo pochodzenia niemieckiego (rodzina w Austrii).

Zamordowanych zostało kilkuset obywateli polskich - oficerów WP pochodzenia żydowskiego, zgładzono kilkuset oficerów, pochodzących z mieszanych rodzin polsko - ukraińskich, polsko - litewskich, polsko - czeskich.

Ponad 200 funkcjonariuszy PP lub oficerów WP, zamordowanych w roku 1940 w Katyniu lub np. w Charkowie czy Twerze było urodzonych lub przed wybuchem wojny pracowało na terenach Zaolzia, niektórzy mieli matki lub ojców Czechów, bo to się pod koniec XIX lub na początku XX wieku mieszało np. na Śląsku Cieszyńskim. W samym Katynia zostało zgładzonych ponad 50 oficerów, których życie rodzinne lub zawodowe było w XX wieku związane z Czechosłowacją.


Zajrzyj do książki prof. Mecislava Boraka "Symbol Katynia", Wyd. Czeski Cieszyn 1991, tam jest więcej na ten temat i nazwiska, a nawet krótkie biogramy zamordowanych.


W księdze "KATYŃ. Losy ocalałych", s. 58 jest omówienie b. ciekawego meldunku z lipca 1940 o losie żołnierzy Czechów z korpusu czechosłowackiego WP.

Sprawa ucieczek.

Z Katynia, z miejsca zbrodni, nikt nie uciekł, ale są ludzie, którzy już w czasie wojny, a też po wojnie chwalili się, że uciekli, nawet opowiadając, że wygrzebali się spod stosu trupów. Jeden z nich, nie pomnę nazwiska autora , wydał w USA książkę o swojej ucieczce z Katynia. Gdyby ktoś uciekł z miejsca zbrodni czy transportu, to należy się liczyć, że istniały by dokumenty na ten temat, a do takich dokumentów - jak dotąd - nie dotarli bardzo pracowici rosyjscy ani polscy badacze. W strukturach NKWD nie ukryłaby się ucieczka, bo za to były kary dla ochrony, podobnie jak kary za to, że ktoś wiedział, a nie powiedział, że do ucieczki dopuścili.

W księdze "Dokumenty zbrodni " (patrz w rubryce "Warto przeczytać”) znajdziesz w np. dokument o śledztwie prowadzonym w obozie, gdy ktoś rzucił kamieniem w wartownika, są też informacje o próbie nieudanej ucieczki dwóch oficerów w grudniu 1939 roku z obozu w Kozielsku (t. 1, s. 322).

Było więcej ucieczek jeszcze w 1939 roku, w czasie transportu do tzw. Obozów przejściowych (ponad 100 obozów ) lub nawet z tych obozów rozdzielczych, w których we wrześniu 1939 znalazło się ponad 200. 000 polskich żołnierzy i oficerów.



Czy ukarano, napiętnowano lub podano do publicznej informacji dane osobowe funkcjonariuszy NKWD, który brali bezpośredni udział w zbrodniach katyńskich?

Odpowiadam na pytanie o funkcjonariuszy NKWD – sprawców zbrodni. Żaden z nich nie został nigdy ukarany. Oficjalnie żadnego z nich nie napiętnowano. Czy nazwać napiętnowaniem podanie ich nazwisk (bez bliższych danych osobowych) w jednej książce i jednym biuletynie? Nazwiska (z całą pewnością nie wszystkich, bo nie do wszystkich nazwisk dotarliśmy jako historycy) zostały ujawnione w artykule „Ruble dla oprawców” w „Biuletynie Katyńskim”( Nr 38 z 1994 roku) oraz w książce profesora Jacka Trznadla „Powrót rozstrzelanej armii”, Wydawnictwo „ANTYK”, Warszawa 1994. O jednym z nich, wysokiej rangi funkcjonariuszu NKWD - Wasiliju Błochinie (osobiście zamordował kilkuset naszych oficerów) napisałem w witrynie „Katyń”, gdzie jest też jego fotografia.



Dlaczego przed egzekucją w Lesie Katyńskim dawano płaszcz na głowę? Czy miało to jakieś większe znacznie lub symbol?

Oficerom zabierano pasy, aby ułatwić enkawudzistom - egzekutorom zarzucenie płaszcza na głowę ofiary oraz zablokować, stłumić krzyk, wołanie o pomoc, ostrzeganie innych, którzy jeszcze nie zostali zgładzeni, a byli niedaleko ( w celi więziennej lub samochodzie ) i mogli np. podjąć walkę, próbę oporu. Po zabiciu ofiary okryta płaszczem jej głowa i szyja wprawdzie krwawiła, ale najwięcej krwi pozostawało wewnątrz płaszcza. Zbrodniarzom chodziło o to, aby z jadącego samochodu, z 20 czy 30 zwłokami, nie wylewała się krew na drogę, na ulicę. Z relacji b. enkawudzistów wiemy, że i tak wewnątrz samochodu, który woził zwłoki było mnóstwo krwi i trzeba było często myć wozy, aby były „sprawne” na następny dzień. A raczej na następną noc, bo egzekucje ( np. w Charkowie czy Kalininie, obecnie Twer, a również w Smoleńsku ) ) wykonywano nocami w tzw. więzieniach wewnętrznych NKWD, a tylko w Lesie Katyńskim - nad ranem i przed południem - rozstrzeliwano oficerów nad dołami, zaraz po dowiezieniu tam samochodami.

Dlaczego oficerom zabierano obrączki?

Obrączka to złoto, a złoto zawsze było w cenie. Egzekutorzy nie chcieli i nie mieli czasu zdejmować obrączek zabitym, nie chcieli również brudzić sobie rąk. Nie odebrali jednak wszystkich obrączek i zegarków, niektóre z tych przedmiotów odnaleziono w czasie ekshumacji w roku l943, a nawet w... 1994. Zapewne niejeden z egzekutorów chciał też mieć „pamiątkę” po udziale w akcji likwidacji wrogów ZSRR. Za udział w tej likwidacji większość z enkawudzistów – uczestników tej akcji została nagrodzona (po 800 rubli lub jedno- czy dwumiesięcznym uposażeniem) lub odznaczona wysokimi odznaczeniami państwowymi.


Czy zostały opublikowane wszystkie nazwiska katów? Jeżeli tak, to gdzie?

125 nazwisk funkcjonariuszy, nagrodzonych za „zadanie specjalne” czyli udział w zamordowaniu jeńców (egzekutorzy czyli ci, którzy mordowali jak np. Wasilij Błochin) kierowcy, którzy wozili zwłoki, strażnicy więzienni pilnujący jeńców w celach więziennych, doprowadzający na miejsce egzekucji i inni) można znaleźć w książce Jacka Trznadla „Powrót rozstrzelanej armii” , wyd. 1994. Nazwiska były też publikowane w „Biuletynie Katyńskim”, nr 38/ 1994, ale ten biuletyn już nie wychodzi od kilku lat i nie ma go w bibliotekach, za wyjątkiem Biblioteki Jagiellońskiej.


Dlaczego tyle ludzi milczało? Mam na myśli okolicznych mieszkańców. Musieli widzieć coś. Musieli... Czy ktoś z nich zgłosił taką sprawę poza kraj?

Nie milczeli wszyscy mieszkańcy okolicznych wsi, bowiem to niektórzy z nich o zbrodni i o zakopanych w 1940 roku zwłokach polskich jeńców powiadomili (pod koniec 1942 roku) niemieckie władze okupacyjne, bo Niemcy byli w tym czasie w Smoleńsku. Gdzie szukać grobów, mieszkańcy wskazali tez polskim robotnikom przymusowym, którzy w l942 roku naprawiali tory w okolicach m. Gniezdowo. Jeden z mieszkańców, Iwan Kriwoziercew, musiał uciekać z domu, bo NKWD nie darowałoby mu tego, że ujawnił prawdę. Dotarł do Włoch, gdzie złożył obszerne zeznania oficerom II Korpusu dowodzonego przez gen. Andersa, a następnie zmienił nazwisko na Łoboda i umknął do Wielkiej Brytanii. 30 października 1947 znaleziono go powieszonego, policja brytyjska uznała, że popełnił samobójstwo. Ukrywano to samobójstwo przez 5 lat... Polecam książkę Stanisława M. Jankowskiego i Edwarda Miszczaka „Powrót do Katynia”, wyd. KAW, Rzeszów 1990 oraz książkę Józefa Mackiewicza „Katyń – zbrodnia bez sądu i kary” wyd. Warszawa 1997.

 

Dlaczego zbrodnia KATYŃSKA, a nie Kalinińska (Tam zamordowano więcej Polskich jeńców)?


Dlatego zbrodnia „katyńska”, ponieważ w 1943 roku, gdy ujawniono zwłoki tysięcy polskich jeńców zakopane w Lesie Katyńskim, to jeszcze nie wiedziano, że tysiące innych zgładzono w Kalininie (obecnie Twer) i w Charkowie, gdzie wymordowano jeńców ze Starobielska.
Gdyby w roku 1943 znaleziono zwłoki naszych oficerów w Kalininie (a dokładnie w Miednoje, bo tam byli zakopywani ) to najprawdopodobniej dzisiaj mówilibyśmy o zbrodni „kalinińskiej” albo „miednojskiej”.



Czy coś wiadomo o domniemanej zbrodni opisanej przez p. Zawodnego w książce "Katyń" popełnionej na statkach floty białomorskiej- zatopienie kilku tysięcy żołnierzy polskich (wywiad z Józefem Olechowskim)?



Zwracam uwagę, że profesor Zawodny na wstępie wywiadu z p. Olechowskim zaznacza wyraźnie, że „nie wydaje sądu i nie przeprowadza krytyki” informacji, które usłyszał. Oznacza to, że miał od razu wątpliwości co do relacji p. Olechowskiego. Profesor Janusz Zawodny jest i był zbyt doświadczonym autorem, aby uwierzyć, a nie chciał – jak mi się wydaje - napisać źle o autorze, skoro nie miał dowodów, że p. Olechowski – delikatnie mówiąc – „mija się z prawdą”.

Ale ad rem: wywiad z Olechowskim pochodzi z 1970 roku. W tym czasie nie wiedzieliśmy, co się stało z jeńcami polskimi z Starobielska i Ostaszkowa.
Po ekshumacjach w latach dziewięćdziesiątych wiadomo, że zgładzono pierwszych w Charkowie, a tych z Ostaszkowa – w Kalininie (Twerze ) i w Miednoje.

Dzisiaj wiemy, jak wyglądały decyzje o zbrodni w 1940 roku i technika całego przedsięwzięcia, niemal każdy krok zbrodniarzy. Oni notowali każdego zabitego, nie mieli zamiaru ryzykować zatopienia, bo mógłby ktoś uratować się – i później gadać. Będąc w 1991 roku w archiwum na Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym, zacząłem pytać, czy coś wiadomo o podobnym wypadku, czy są może jakieś dokumenty na ten temat. Wyjaśniono, że po Morzu Białym pływają nie transatlantyki, tylko statki niewielkich rozmiarów i najbardziej zdolni
NKWD-yści, nawet upychając do oporu, nie mieliby szans na załadowanie sześciu tysięcy ludzi na taki statek. I po co niszczyć statek, żeby zlikwidować Polaków ?

A wystrzelanie na Morzu Białym „swoich” ludzi z NKWD, to już zupełny nonsens. Nie sądzę, aby Merkułow brał na siebie podobne zadanie, skoro cała operacja dowożenia jeńców do Tweru i Charkowa była tak dobrze przygotowana.


W Moskwie, w 1993 roku, pytałem o zatopienie barek także rosyjskich prokuratorów, prowadzących śledztwo katyńskie. Poprosili, żebym ja się nie kompromitował podobnymi pytaniami, jeśli mam zamiar nadal interesować się tematem KATYŃ. Oczywiście nie ma żadnych dokumentów o podobnie organizowanej zbrodni, bo ani Mierkułow, ani nikt z kierownictwa NKWD nie wpadłby na taki pomysł, skoro decyzja Biura Politycznego w dniu 5 marca 1940 była krótka: „ rozstrzelać „. To nie był czas i kraj, w którym decyzję Stalina próbowano by realizować „po swojemu”.

Co jest możliwe ? Jest możliwe, że na Morzu Białym mógł zatonąć jakiś statek lub mogła zatonęła jakaś barka, na której znajdowali się polscy żołnierze czy podoficerowie, jeńcy z 1939 roku, wysłani do pracy w jakimś łagrze [ nie ma na to – jak dotąd – potwierdzenia w żadnych dokumentach ].

Dodam, że niektórzy historycy obliczają, że obok 2o.ooo polskich oficerów, przebywających w obozach oficerskich, jeszcze ponad 80.000 żołnierzy zaginęło w ZSRR w latach II wojny światowej, więc wypadek jakiejś grupy mógł mieć „ gdzieś „ miejsce. Do pozyskanej informacji o podobnym wypadku p. Olechowski lub być może Grisza - człowiek, który mu o tym opowiadał – dorobił swój życiorys, swoje zdania i tak opowieść szła przez łagry i więzienia.


W pracy „Zbrodnia Katyńska w świetle dokumentów” znajdują się fragmenty relacji Katarzyny Gąszcieckiej, która opowiada o zatopieniu dwóch barek (!) na Morzu Białym (!) z 7000 oficerów i policjantów, o czym ona - w czasie transportu do łagru - dowiedziała się na barce od młodego Rosjanina z obsługi. A więc już nie statek z 6000 Polaków, ale tylko dwie barki z 7000 ...

„Zbrodnia . .. „ przypomina, że opowieści o zatopieniu statku lub barki z polskimi jeńcami na Morzu Białym - a nawet trzech barek na Oceanie Lodowatym - krążyły w 1943 roku w Armii Polskiej na Wschodzie, w różnych wersjach.


„Relacje te i pogłoski, pochodzące z różnych źródeł – komentują jednym zdaniem autorzy „Zbrodni katyńskiej w dokumentach – należy zanotować”. Co nie znaczy - to już mój komentarz do cytowanego zdania - że relacjom i pogłoskom takim trzeba uwierzyć.

Nie od rzeczy będzie dodać, że relacjonujący profesorowi Zawodnemu swoją wersję w 1970 roku p. Olechowski mógł znać książkę „Zbrodnia katyńska...”, której pierwsze wydanie ukazało się w l948 roku.


Polecam także książkę Włodzimierza Odojewskiego „ Zasypie wszystko, zawieje...”. Jest tam opowiadanie o zatopieniu polskich jeńców na statku na Morzu Białym. Statek tonie, a oni śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła”. To piękny kawałek prozy. Ale dopóki nie będzie dowodu, że specjalnie topiono jeńców – to „Zasypie wszystko, zawieje” Odojewskiego jest tylko literaturą.




Na pytania internautów odpowiada Stanisław M. Jankowski (o autorze).

 

Zadaj pytanie

Wyślij formularz

Do góry
Mapa serwisu