„Wszystko było w marzeniach […] Wszystko wojna rozkruszyła”

W maju 1939 r., na krótko przed wojną Maria wyszła za mąż za st. post. PP Jana Borkowskiego. Małżeństwo zostało zawarte z miłości, młodzi poznali się w sąsiedztwie, policjant przyjaźnił się braćmi dziewczyny. Narastające napięcie przed wybuchem wojny przyśpieszyło decyzję o sformalizowaniu związku. „Wojna się szykowała, jemu się zdawało, że jak mnie obroni, bo już będę mężatką, to nie zabiorą mnie, no ale to wszystko było inaczej […]. Wszystko niestety nie było ważne […] Wszystko wojna rozkruszyła”. Mimo, iż kobieta już pracowała, planowała kontynuować edukację. Marzyła, żeby studiować prawo, zostać w przyszłości adwokatem i bronić ludzi. Jej planom sprzyjał mąż, który przyrzekł teściowej, że Maria będzie studiować.

fot. Maria i Jan Borkowscy, Muzeum Katyńskie

Ewakuacji Marii na wschód z rodzinami policyjnymi sprzeciwiła się matka, obawiająca się o los 19-letniej, młodziutkiej jeszcze córki w nieznanym miejscu, podczas gdy mąż zostanie zmobilizowany do służby wojskowej. W Łodzi przed wojną mieszkali zarówno Polacy, Niemcy i Żydzi – do końca łudzono się, że wojna nie wybuchnie, a na pewno nie spodziewano się z jakimi okrucieństwami wobec ludności cywilnej będzie się wiązać. Gdy st. post. Borkowski pogodził się z decyzją teściowej i żony, już po wybuchy wojny wrócił jeszcze do mieszkania, by pożegnać się z Marią. Tak zapamiętała ona ostatnie spotkanie: „wrócił jeszcze, wszedł i powiedział, że bardzo mnie kocha i żebym na niego czekała, bo on niedługo wróci. No, ale to były tylko marzenia.”
Wrzesień 1939 r. zapamiętała jako okres niepokoju o męża i zmobilizowanych już wcześniej dwóch braci. Gdy rozeszła się pogłoska, że 28 Pułk Piechoty, do którego został zmobilizowany straszy brat Tadeusz został całkowicie rozbity pod Wieluniem, codziennie chodziła do PCK szukając informacji o bracie, która dałaby nadzieję, że chociaż ranny – przeżył i wróci do rodziny. Gdy już matka Marii popadła w rozpacz, najstarszy syn wrócił do domu. W późniejszym okresie Maria za pośrednictwem Czerwonego Krzyża szukała wielokrotnie informacji o swoim mężu, jednak bezskutecznie – docierały do niej jedynie sprzeczne pogłoski, będące efektem sowieckiej, planowej dezinformacji.
Patrząc na medal pamiątkowy dla wdów katyńskich wspominała noce spędzone na podłodze przed maleńkim oknem na poddaszu, gdzie mieszkała z matką i siostrami:
było okno, zaciemnione, mieszkanie i w oknie człowiek stał ile nocy – ile nocy, bo się zdawało, że gdzieś przyszedł ktoś, więc może do mnie też przyjdzie? Ile się nie raz w nocy stało w tym oknie zaciemnionym, przy tej firance takiej odchylonej i się czekało: może przyjdzie. […] ile nocy takich było, co ciemno i tylko się patrzyło, czy się ktoś nie rusza, czy ktoś nie idzie.
W rodzinnej Łodzi Wojtczakowie przeżyli okupację niemiecką, kilka razy przesiedlani do innych, coraz mniejszych mieszkań, na co dzień byli świadkami terroru powszechnego wobec ludności polskiej. Ciągłe łapanki sprawiały, że nikt nie mógł być pewien jutra. Maria pracowała jak przed wybuchem wojny w fabryce Telefunken, wytwarzającej m.in. lampy dla niemieckich samolotów i łodzi podwodnych. Podczas rewizji była pytana o męża, jednak poza informacją przekazaną osobiście przez zwolnionego z niewoli młodego mężczyznę, kobieta nie otrzymała żadnej wiadomości z Ostaszkowa. W obawie aresztowania, a nawet egzekucji, Maria zniszczyła album z fotografiami i pamiątki po mężu.
Nie zaangażowała się w konspirację. Chorowite zdrowie, osierocenie przez ojca, rozdzielenie z mężem i marzenia o studiach i karierze w palestrze pogrzebane przez wybuch wojny, sprawiły, że utraciła wiarę we własne umiejętności. Uważała, „że nic nie zrobię innego, nie jestem żadną personą taką, co będą mnie ludzie słuchać czy coś, no z jakiej racji? Raczej, proszę pana, pracowałam, pomagałam jak tylko mogłam. Przecież na tej sali miałam tych dziewcząt tyle – ta mdleje, ta jest w ciąży, ta jest żółta jak żółtaczka, bo przecież te dzieci różne, co to już czternaście lat miała już pracowała przy tych maszynach i przy tych drucikach, więc to przecież niewyspane, głodne […] Jak komuś coś mogłam pomóc to w dym szłam”. Wśród wojennego okrucieństwa, walki o przetrwanie zachowała człowieczeństwo – elementarną przyzwoitość, która nie pozwalała jej milczeć, kiedy widziała, że ktoś potrzebuje pomocy.
Po podaniu przez Niemców informacji o odkryciu masowych mogił polskich oficerów w Katyniu, jeszcze przez rok wbrew nadziei czekała na powrót męża. Pogodziła się ze śmiercią pierwszego męża. W 1945 roku ponownie wyszła za mąż. Mówiła: „Musiałam sobie życie jakoś ułożyć. […] Bardzo byłam młoda, no przecież też chciałam mieć rodzinę.”. Mimo to zachowała o nim pamięć: „Wszystko było w marzeniach […] Wszystko wojna rozkruszyła”

Dr Joanna Kurczab