Nabożeństwa księdza Leona

Jednym z więzionych w Kozielsku był kleryk Leon Musielak, przed wybuchem wojny wykładowca salezjańskiego uniwersytetu Ludowego w Kopcu pod Częstochową. Dostał się do niewoli 18 września, razem z grupą cywilów i wojskowych. Dowieziono ich do Kozielska, miasteczka położonego ok. 250 km na południowy wschód od Smoleńska, przy linii kolejowej Smoleńsk – Tuła. Kozielski obóz dla polskich wojennoplennych mieścił się w zabudowaniach dawnego klasztoru. Pierwsze grupy jeńców dotarły tutaj w listopadzie 1939 roku.

„Któregoś dnia dowiedziałem się, że w nocy będę mógł uczestniczyć w ofierze Mszy świętej – napisze we wspomnieniach.– Widzę tę Mszę jakby to było wczoraj. Leżymy na pryczach, głowy tylko wychylone, a oczy utkwione w jeden punkt, gdzie ołtarz Chrystusowy, taki niepozorny i prosty. Przy nim kapłan, oczywiście bez szat liturgicznych, trzyma kielich i kawałek obozowego chleba, który zastępował opłatek. Pod postaciami tych darów Chrystus ofiaruje się tutaj Ojcu niebieskiemu za grzechy całego świata.

Mrok.. Śpiew cichuteńki, ale wyczuwa się w nim tajemniczą moc, gdy usta powtarzają „Kto się w opiekę odda Panu swemu...” Wreszcie komunia Święta.. Odrobina zwyczajnego chleba ze skromnych porcji obozowych, a jednak cały w niej Chrystus ze swoim Bóstwem i człowieczeństwem, najsilniejsze światło udzkiego umysłu[...]

Wiara i modlitwa łatwiej pomagała znosić warunki obozowe. Mimo karania za modlitwy kapelani, gdzie tylko mogli, prowadzili swoja duszpasterska misję, a szczególnym ryzykiem i poświeceniem wyróżniał się zamordowany później w Katyniu ksiądz kapelan Jan Ziółkowski. Między innymi miał książeczkę o naśladowaniu Chrystusa. Ona zawsze była w obiegu. Wiem, że niejednego doprowadziła do równowagi wewnętrznej poprzez Sakrament Pokuty i Eucharystię...”

Leon Musielak

Matka Boska Katyńska
Matka Boska Katyńska - linoryt Danuty Staszewskiej.

 

Jako jeden z nielicznych kleryk Leon Musielak uniknie zagłady w 1940 roku. Zostanie księdzem, w PRL szykanowanym i więzionym, m.in. za przypominanie o sprawcach zbrodni w lesie katyńskim. W l991 roku ukażą się wspomnienia księdza Leona, a trzy lata później pojedzie on do Katynia, aby tam odprawić msze świętą za spokój duszy swoich kolegów z Kozielska. 28 maja l994 roku 84 letni Salezjanin będzie się modlił obok zniszczonych tablic z czarnego granitu, po polsku i po rosyjsku przypominających o polskich oficerach, zamordowanych w Katyniu w roku l940, tablic uderzanych kamieniami lub ciężkimi narzędziami, z próbami zamazania daty. Obok krzyża katyńskiego, przywiezionego z Warszawy w 1989 roku, a kilka lat później porżniętego nożami, ze śladami podpalenia. Blisko rozwalonej w kawałki tablicy „Poległym w Katyniu. Wspólnota parafialna św. Ducha w Wilnie”. O tym, że nie ma w nim nienawiści ani pragnienia zemsty powie w lesie pełnym śladów po ogniskach, wśród walających się puszek, butelek, papierów po ciastkach. W lesie, w którym nie darowano nawet tablicom informującym, aby terenu nie dewastować, nie zaśmiecać i chronić przyrodę. W lesie, nadal czekającym na zlokalizowanie tam Polskiego Cmentarza Wojennego...

Ksiądz Leon Musielak o pobycie w Kozielsku opowiada autorom książki "Powrót do Katynia" Stanisławowi M. Jankowskiemu i Edwardowi Miszczakowi.
Ksiądz Leon Musielak o pobycie w Kozielsku opowiada autorom książki
"Powrót do Katynia" Stanisławowi M. Jankowskiemu i Edwardowi Miszczakowi.

-----------

* Ks. Leon Musielak SDB, Spod Częstochowy do Kozielska, Wyd. Inspektorat Towarzystwa Salezjańskiego, Kraków 1991.

 

W łaźni nad Ajdarem

„Dopiero pojawienie się w Starobielsku tyfusu i krwawej biegunki, strach przed epidemią, za co groziła odpowiedzialność karna, przestraszyła komendantów. Pewnego dnia poprowadzono więc jeńców do łaźni – 2 x po 300 ludzi dziennie, ale nie było wolno prać tam bielizny, w strasznym deszczu pędzono jeńców środkiem ulicy Kirowa, w kałużach po kolana. Po ok. 1 mili nad brzegiem rzeki Ajdar szyld: „Łaźnia miejska”.

Pojawił się mały, gruby człowieczek w waciaku świetnym przy suchej pogodzie, całkiem nieprzydatnym w deszczu. „Bańszczyk” odlicza 2 x 50 ludzi, pierwsza pięćdziesiątka przynosi sobie opał – rąbie i pali w piecach, druga wiadrami nosi wodę z rzeki, bo pompa zepsuta. Skarpa jest stroma i śliska, ok. 10 metrów trzeba zjechać na pośladkach i wracać z wiadrami okrężną drogą i wlewać wodę do kotłów rynną. Cały czas sypią się obelgi konwojentów. Po 2 godzinach zaczyna się mycie, po następnej godzinie zmiana jeńców.

Rozbieranie w zimnej i pełnej błota izbie, związanie rzeczy w tobół, wrzucenie do suchego kotła. W sąsiedniej sali na ławach zaczyna się przymusowe strzyżenie. Mimo protestów, siłą zmuszają do tego zabiegu. Po nim wszyscy wyglądają jednakowo – jak kryminaliści. Wszyscy też są chudzi. Nareszcie po 2 miesiącach gorący prysznic, potajemne pranie brudów. Potem wyszukiwanie własnych rzeczy, które są brudniejsze niż były, śmierdzące i wymiętoszone...” *

Bronisław Młynarski

---------------

* Fragment wspomnień „W niewoli sowieckiej”, wydanych w Londynie w 1974 roku i streszczonych przez Ewę Gruner- Żarnoch w książce „Starobielsk w oczach ocalałych jeńców”, Szczecin 2001.

 

Polski „cyrk” w Starobielsku

Wspomnienia Bronisława Młynarskiego doskonale uzupełniają rysunki Józefa Łukocjewskiego, również jeńca obozu w Starobielsku, a w czasie kampanii wrześniowej plutonowego podchorążego 1 Pułku Piechoty Legionów. Przed wybuchem wojny nie zdążył awansować na stopień oficerski. Na zorganizowanej przez Stowarzyszenie Katyń w 1990 roku w Szczecinie wystawie o ofiarach zbrodni katyńskiej wyznał, że może dużo powiedzieć o obozie starobielskim. Przydała się też umiejętność rysowania ...

Wykonane przez Łukocjewskiego szkice pozwalają wyobrazić sobie obóz w miasteczku Starobielsk nad Ajdarem, położonym na południowy wschód od Charkowa. Podobnie jak w Kozielsku i Ostaszkowie zlokalizowano starobielski obóz w cerkwiach oraz otaczających je zabudowaniach dawnego klasztoru. Wcześniej w cerkwiach były tu magazyny, a we wrześniu l939 zorganizowano obóz dla polskich jeńców wojennych. Najpierw dla szeregowców, podoficerów, oficerów i generałów, a w grudniu w Starobielsku zostali już tylko oficerowie i generałowie.

Wieżyczka strażnicza w Starobielsku, rys. Jóżef Łukocjewski
Generałowie, pułkownicy i podpułkownicy mieszkali poza obrębem głównego obozu: ci pierwsi w niewielkim domu przy ulicy Włodarskiej, a pozostali oficerowie w dawnej szkole przy ulicy Kirowa. Budynki były otoczone wysokim płotem z desek, powiększonym od góry o drut kolczasty. Łukocjewski zapamiętał wieże strażnicze - „wyszki” ...

Większość polskich jeńców rozlokowano w „małej” i „dużej” cerkwi, nazywanych przez Polaków „cyrkiem” lub szanghajem”, gdzie stanęły pięciopiętrowe ( albo nawet sześciopiętrowe ?) prycze, a także w murowanych budynkach klasztoru (np. blok, tzw. „kapitański”).

W Starobielsku wyżywienie było niemal identyczne jak w Kozielsku i Ostaszkowie: 800 gramów chleba dziennie oraz menażka kaszy na śniadanie, obiad i kolację. Niekiedy zupa, czasem kawałek ryby albo konserw rybnych; bywało, że niejadalnych. W obozowym sklepiku - dla uzupełnienia codziennego menu – jeńcy mogli niekiedy dokupić 5 lub 1o deka cukru i ..cukierki. O ile wcześniej zdobyli ruble, sprzedając np. swój zegarek komuś z obsługi obozu z którymi kontaktowanie się było zabronione...

--------------------

Rysunki Józefa Łukocjewskiego pochodzą z książki Ewy Gruner – Żarnoch „ Starobielsk w oczach ocalałych jeńców „

 

Do góry
Mapa serwisu